czwartek, 17 sierpnia 2017

Julie Israel "Indeks szczęścia Juniper Lemon"



Wydawnictwo IUVI
data wydania 2017
stron 372
ISBN 978-83-7966-036-0

Szczęście jest kruche i lubi wymykać się nam z rąk

Szczęście nie jest dane nam na stałe. Szczęście to są tylko chwile. Często będąc szczęśliwi nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dopiero kiedy szczęście przed nami umknie, czujemy jego brak. Dopiero wtedy jak dotknie nas jakaś strata doceniamy to, co mieliśmy, co było nam dane, a co los nie pytając o zdanie zabrał bezpowrotnie.

Świat nastoletniej Juniper wali się pewnego letniego lipcowego dnia, gdy ginie w wypadku samochodowym jej starsza siostra. Cała rodzina pogrąża się w bólu i żałobie. Mija sześćdziesiąt pięć smutnych dni wypełnionych tęsknotą, łzami i próbą godzenia się z ogromną stratą. I nagle w torebce nieżyjącej siostry Juniper odkrywa list. List, o którym nie miała pojęcia, a z którego wynika, że Camilla przed śmiercią była z kimś związana i chciała ten związek zerwać. Rozpoczyna się siostrzane śledztwo, które ma na celu odkryć kim jest tajemniczy „Ty”. Rozpoczyna się nowy etap godzenia się z odejściem, a grzebanie w cudzej przeszłości odkrywa przed chcącą rozwikłać sekret nastolatką nowe możliwości, nowe drogi i nowe relacje. Stare układy przechodzą metamorfozy, a Juniper staje się inną osobą...

Z opisu wydawcy płynie informacja, że to świetna książka. To zbyt mało, bowiem ta lektura jest genialna. Powieść ma w sobie ukryte drugie dno i ważne przesłanie. Nie powinno się pomagać na siłę, nie można wejść zbyt dogłębnie w cudzą prywatność i ingerować wbrew woli kogoś, kto ma kłopoty. Grzebanie w przeszłości też jest niebezpieczną grą, bo informacje, które ujrzą światło dzienne mogą nas ogromnie zaskoczyć i zaszokować.
Ta powieść to nie tylko książka dla młodzieży. Może ją przeczytać każdy, kto lubi historie chwytające za serce, a opowiadające o prawdziwym życiu, w którym trzeba niejednokrotnie zmierzyć się z trudnymi sytuacjami, które mogą nas przerastać. Książka uczy, że życie jest często za krótkie i nieprzewidywalne. Dlatego trzeba je rwać pełnymi garściami, ale też trzeba uważać na swoje słowa i czyny.
Postać głównej bohaterki jest niezwykle ciekawa. Nastoletnia dziewczyna pokazuje jak radzić sobie ze stratą, jak koić ból, ale i jak zachować pamięć o bliskiej osobie, do której miłość nie wygasa nawet po śmierci. Juniper błądzi, poddaje się emocjom, szuka wsparcia. Czuje się zagubiona, a rodzice skupieni na swoim cierpieniu zapominają, że mają jeszcze drugie dziecko. Juniper przechodzi przemianę, uczy się życia, wyciąga wnioski ze swoich błędów. Jest postacią, która budzi wyjątkową sympatię i ciepłe uczucia.

Powieść Julie Israel to mądra i interesująca historia, to lektura dojrzała i wartościowa. Czyta się ją z ciekawością, a lekturze towarzyszą nie tylko emocje, ale i refleksje nad kruchością życia i szczęścia. Ma się wrażenie, że główna bohaterka i jej rodzina to ktoś nam bliski i znany od dawna. Najbardziej zaskakującym momentem książki jest jej zakończenie, które osobiście mocno mną wstrząsnęło, ale i uświadomiło, że w życiu najważniejsze jest to, co będzie, najistotniejsze jest jutro a nie wczoraj. Z serca polecam lekturę tej powieści tym, którzy mają wrażliwe serca i tym, którzy są w podobnej sytuacji jak Juniper Lemon, którzy po stracie muszą żyć dalej i ułożyć sobie życie i świat od nowa. Przeczytanie tego tytułu z pewnością doda otuchy i stanie się dobrym drogowskazem.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Anna McPartlin "To, co nas dzieli"



Wydawnictwo Harper Collins
data wydania 2017
stron 416
ISBN 978-83-276-2838-1

Niespodziewane spotkanie po latach

Przyjaźnie nawiązane w dzieciństwie są wyjątkowe. Zwykle jednak po wejściu w dorosłość kończą się. Nawet najbardziej zażyłe relacje ulegają rozwidleniu życiowych dróg. Oczywiście zdarza się, że później w życiu przyjaciół z dzieciństwa. Ale te spotkania zwykle rozczarowują, pokazują jak bardzo się zmieniliśmy, jak oszlifowało nas dorosłe życie, życiowe doświadczenia i ciosy od losu. 
 
Eve i Lilly w początkowych latach  były niczym papużki nierozłączki. Spędzały ze sobą wiele czasu, odwiedzały się, wiedziały o sobie wszystko i dzieliły ze sobą nawet najbardziej intymne sekrety. Gdy miały osiemnaście lat, gdy stały na progu dorosłego życia ich ścieżki za sprawą pewnych wydarzeń rozłączyły się. Minęło dwadzieścia lat a dorosłe kobiety spotkały się w dość smutnych i nieoczekiwanych okolicznościach. Eve powróciła w rodzinne strony mając na swoim koncie zawodowym karierę projektantki biżuterii. Lily udała się na kolejny dyżur pielęgniarski do szpitala. W tę noc jedną z jej podopiecznych okazała się jej dawna przyjaciółka przywieziona jako ofiara wypadku samochodowego. Czy to przypadkowe, kompletnie niezaplanowane spotkanie okaże się idealną okazją do odbudowy prawie siostrzanych relacji? Eve wkracza w ten czas z sekretem, który powierza dawnej przyjaciółce. Czy to zdarzenie odnowi bliskie relacje? Czy można po latach wejść do tej samej wody?

To trzecia książka Anny McPartlin którą miałam okazję przeczytać. Nie jest tak genialna jak "Ostatnie dni królika", ale to całkiem dobra książka, która wzrusza i pokazuje jakim prawom podlegamy idąc przez życie. 
Czytając tę powieść w kolejności niechronologicznej poznajemy losy dwóch dziewczyn, kobiet i przyjaciółek, które idą przez dorosłe życie odmienną ścieżką. Ich wcześniejsze relacje poznajemy ze wspomnień i listów. Każda z bohaterek jest inna, a zarazem każda nieidealna. Jedna ulega w dorosłym życiu pragnieniu powrotu do przeszłości, wejścia w ten sam związek, który kiedyś sama podeptała. Druga idzie przez życie z młodzieńczą miłością jednak jej sakramentalny związek jest daleki od ideału. To Lily poświęca więcej, to ona jest fundamentem i podporą, to ona daje z siebie wszystko, pracuje na rzecz domu i rodziny nie będąc docenioną. 
Fabuła wskazuje na jedno - zmieniamy się czy tego chcemy czy nie. Patrząc wstecz dostrzegamy swoje błędy i porażki. To naturalne, że chcemy je zmienić, naprawić, ale czy zawsze się da? Czy to możliwe albo czy my potrafimy? 
Ta powieść jest książką wymagającą i trudną, bo musimy szczerze stanąć w prawdzie, ocenić i podsumować. To lektura dojrzała, która pokazuje istotę dorosłego życia i słabość młodzieńczych fantazji oraz planów. 
Życie weryfikuje nasze marzenia, życie nie zawsze daje drugą szansę. Apeluję, byście dali szansę tej książce, która może nie jest tytułem mistrzowskim, ale z pewnością zmusi Was do zastanowienia się nad tym, co ważne i istotne.

czwartek, 10 sierpnia 2017

John Porter "Przeżyć dzień jak tygrys"





Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2017
stron 352
ISBN 978-83-6196-828-3

O zdobywaniu gór


Książka Johna Portera opowiada o niezwykłym człowieku i wspinaczu, dla którego liczyło się samo wspinanie a niekoniecznie liczby i statystyki. Alex MacIntyre nie dbał bowiem o to, by zdobyć Koronę Himalajów czy Koronę Ziemi, ale by przechodzić ściany trudne technicznie i dziewicze. Czerpał niesamowitą satysfakcję z samej wspinaczki, wytyczania nowych dróg i pobytu w górach. Jego łojenie gór cechowała radość, spontaniczność i frajda z używania lin oraz sprzętu wspinaczkowego. Książka oddaje jak bardzo niezwykła i nietuzinkowa jest jego postać i pokazuje jak mocno ukochana pasja może zmienić życie i nadać mu wyjątkowy smak.

Postać nieżyjącego już brytyjskiego wspinacza przedstawia jego wspinaczkowy partner i nie jest to bez znaczenia. Autor przeżył bowiem z bohaterem książki niejedną przygodę w górach i trudną chwilę na wysokości, przeszedł niejeden wyciąg. To sprawia, że ta opowieść jest wyrazista, autentyczna i bezpośrednia. Z tytułu wyłania się młody człowiek, który ma apetyt na życie, choć miewa rzadko gorsze chwile. Mężczyzna pełen werwy, chcący żyć intensywnie, chcący rwać życie pełnymi garściami. Podchodzi do świata na luzie, z dystansem i uśmiechem. To taki typ niepokorny, który miał odwagę żyć i przeżywać każdy dzień tak jak chciał. Przeczuwał jakie niebezpieczeństwo w górach jest dla niego szczególnie niebezpieczne i jakby wyczuł, co zbyt szybko, bo w wieku 28 lat zabrało go z tego świata.

Alex MacIntyre lubił wspinać się szybko i na lekko – bez zbędnego obciążenia sprzętem. Był jednym z prekursorów stylu alpejskiego, który zmienił oblicze wspinaczki i dał nowe możliwości w osiąganiu górskich celów i łojeniu szczytów. Tę postać na trwale zapisaną w górskie kroniki można określić mianem proroka, bowiem młody człowiek potrafił przewidzieć w którą stronę pokręci się wspinaczkowa karuzela i jaka będzie przyszłość górskich wypraw. Alex miał na punkcie tego stylu obsesję i okazał się znakomitym wróżem.

Dzięki lekturze tej wspaniałej publikacji poznałam ciekawą postać, ale nie tylko. Spojrzałam także na pokolenie polskich wspinaczy – rówieśników Alexa oczami obcokrajowców. W lekturze bowiem mnóstwo jest polskich śladów bowiem wieloletnim partnerem MacIntyre'a i jego rodaków byli polscy himalaiści: przede wszystkim Wojciech Kurtyka i inni. Opisy polskiej komunistycznej rzeczywistości oczami ludzi z Zachodu dodają książce lekkości i humoru.

Lektura zrobiła na mnie ogromne i jak najbardziej pozytywne wrażenie. Chłonęłam ją i odkładałam, by w sieci poszukać jeszcze dodatkowych materiałów związanych z jej treścią. Ciekawie było cofnąć się w czasie do korzeni stylu, który dziś jest oprócz komercji w górach dominujący. Moja wiedza w zakresie tematyki jaką obejmuje książka została bardzo poszerzona. Wyjątkowy smak miały opowiedziane przygody przeżyte w różnych zakątkach górskiego świata. Szkoda, że śmierć i góry upomniały się o brytyjskiego wspinacza tak szybko. Z pewnością byłoby o nim bardzo głośno. Tytuł polecam tym, którzy lubią dobre biografie, lektury o górach i tych, którzy lubią je zdobywać. Wspaniała publikacja uzupełniona jest wyjątkowymi zdjęciami, a Wydawca wydał ją wyjątkowo staranie co jeszcze dodaje uroku szalenie ciekawej treści.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Natasza Goerke "Tam"


Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2017
stron 152
ISBN 978-83-8049-478-7

Tam, czyli gdzie?

„Tam” Nataszy Goerke to książka z gatunku reportażu nosząca bardzo zagadkowy tytuł. Tam, czyli gdzie?

Tam, to setki kilometrów od Polski w kraju, który wielu zalicza do Czwartego Świata ze względu na sytuację ekonomiczno-gospodarczą. Tam, to państwo, które słynie z najpiękniejszych tras trekkingowych na świecie. Tam, to znaczy w Nepalu, który autorka pokochała tak mocno, że stał się jej drugim domem, drugą ojczyzną.

Po raz pierwszy Natasza Goerke odwiedziła ten zakątek świata ponad trzydzieści lat temu. Wtedy jeszcze podróże do Nepalu nie były tak popularne, a zwyczajni turyści nie próbowali poskromić ośmiotysięcznych szczytów. Najwyższe góry były dostępne tylko dla zawodowych wspinaczy, a w Katmandu było kilka hoteli, jedna piekarnia i niewiele więcej restauracji. Świat się zmienił, Nepal też, a jego stolica rozrosła się. Zamieszkuje ją więcej przybyszów z prowincji i odwiedzają tłumy turystów z całego świata. Dotarły tam nowinki techniczne, pojawiła się grupa rodowitych bogaczy a krajobraz miasta zmieniło i zmodyfikowało niejedno trzęsienie ziemi. Autorka z wielką pasją i miłością ku temu krajowi oddaje na kartach swej książki niejedno oblicze Nepalu. I to dawne, i to w trakcie ewolucji i to z XXI wieku. I to właśnie stanowi treść książki, która napisana jest z czułością, sympatią i wielką miłością.

„Tam” to książka, która opowiada o innym obliczu Nepalu niż ten, który jest ukazany w literaturze wysokogórskiej. W tytule pokazana jest nepalska prowincja, gdzie czas jakby stanął w miejscu i wielkomiejska stolica, która szybko zaczęła gonić świat. Pojawiły się w niej jak grzyby po deszczu kafejki z dostępem do wi-fi, a także liczne obiekty dla turystów – hotele i hostele, bary i restauracje na każdą kieszeń. Swe podwoje otworzyły sklepy ze sprzętem turystycznym i agencje organizujące wycieczki w góry i doliny oraz zapewniające obsługę wypraw wysokogórskich. W książce znalazło swe miejsce wczoraj i dziś Nepalu. Autorka pisze o codziennym nepalskim życiu poza turystycznymi szlakami. Sporo miejsca poświęcone jest zwyczajnym ludziom, kulturze i obyczajom, problemom i bolączkom tego narodu. Przez lekturę przewijają się dzielnice biedy i te, w których mieszkają nieliczni bogaci, klasztory pełne mnichów i lepianki. Słowa przybliżają sylwetki rdzennych mieszkańców i tych, którzy znaleźli tu ostoję po opuszczeniu Tybetu, a także tych, którzy z dalekiej Europy czy Ameryki znaleźli w Nepalu swoje miejsce na ziemi. Oczywiście migają też sylwetki polskich himalaistów.

Nie ma możliwości, by po przeczytaniu tego niegrubego tytułu nie zakochać się w Nepalu i nie chcieć go odwiedzić. Nepal przypomina witraż o mozaice złożonej z bogatej gamy barw. Nepal jest niczym Sezam pełen wielu skarbów i tajemnic. Nepal wreszcie jest wielką miłością Nataszy Goerke, która pisze o nim niczym o ukochanej osobie, a z jej słów przebija sentyment, czułość i troska jaką matka darzy dziecko.

„Tam” to doskonały reportaż, który przemawia do duszy Czytelnika. Drogi Czytelniku do Ciebie należy wybór czy przeczytasz tę książkę czy nie. Moim zdaniem nie powinieneś sobie odmawiać tak wspaniałej lektury i sięgnąć po nią. Pobyć w Nepalu i odkryć jego sekrety.


czwartek, 20 lipca 2017

Magdalena Majcher "Matka mojej córki"






Wydawnictwo Pascal
data wydania 2017
stron 384
ISBN 978-83-8103-037-3

Los pisząc scenariusze życia nie bierze pod uwagę naszego zdania

Magdalena Majcher, jak mało która autorka potrafi przenieść na karty swoich powieści w całej okazałości realne życie z wszystkimi jego blaskami i cieniami. To sprawia, że jej książki są wyjątkowo przyjemne do czytania i mają w sobie magnes, który przyciąga rzesze czytelniczek. Ja także uległam ich magii i przeżyłam niesamowite emocje podczas lektury „Stanu nie-błogosławionego”, a ostatnio powieści „Matka mojej córki”.

Dojrzałość to coś, co nie zawsze przychodzi z wiekiem. Także odpowiedzialność nie staje się atrybutem człowieka, gdy przekracza pewną rocznicę urodzin. Pewnych rzeczy uczy nas najbardziej wymagający nauczyciel jakim jest samo życie. Są jednak jednostki, które swoje życiowe role odgrywają w sposób toksyczny i niewłaściwy, które pod osłoną dobrego czynią coś, co jest mocno negatywne. Toksyczna miłość, także ta rodzicielska może wyrządzić więcej szkody niż otoczenie i cały świat wokół. Książka „Matka mojej córki” opowiada właśnie o takiej rodzinie, którą toczy rak toksyczności, w której kobieta – matka i żona zapatrzona zbyt egoistycznie w swoje potrzeby czyni krzywdę najbliższym. A co najsmutniejsze nie ma o tym pojęcia i nie przyjmuje tego do wiadomości.
Nina jest jedynaczką i ma 16 lat. Przeżywa swoją pierwszą wielką miłość, gdy jej matka marzy o drugim dziecku i robi wszystko, by zajść w ciążę. Natura okazuje się niezbyt łaskawa i zmusza Małgorzatę do kontaktu z nowoczesną medycyną. Dojrzała kobieta odwiedza kolejnych specjalistów, przechodzi badania i leczy się. W amoku hormonów i własnych marzeń zapomina o posiadanej córce i zapada się w świecie swoich problemów. Tymczasem w ciążę zachodzi nie ona sama, ale jej nieletnia córka. Po latach Nina wraca z Wrocławia do Czeladzi sprowadzona tam tragicznymi wiadomościami. Okazuje się, że powalająca z nóg zła nowina jest tylko początkiem trudnych chwil w życiu i otwiera puszkę Pandory. Ninie przychodzi zmierzyć się z przeszłością i podjętymi kiedyś decyzjami, które rzutują na jej całe życie. Los wymaga od niej wiele, naprawdę bardzo wiele... Czy uda się naszej bohaterce wyprostować życie swoje i innych? Naprawić błędy z dawnych lat nie jest tak łatwo, ale nie jest to też niemożliwe. Zapraszam do przeczytania lektury, która rozgrzeje Was do czerwoności i obleje morzem mocnych wrażeń. Emocjom nie będzie końca do ostatniej strony.

Magdalena Majcher po raz kolejny w fabułę swojej powieści wplotła temat macierzyństwa. Ukazała dwie spokrewnione kobiety, które znajdują się w dość trudnej sytuacji. Mama i córka mają inne marzenia. Ta pierwsza marzy o kolejnym dziecku i byłoby ono ósmym cudem świata. Dla tej drugiej ciąża jest niechcianą niespodzianką komplikującą życie i plany na przyszłość. Los nie pyta ich o zdanie tylko serwuje im coś przeciwnego niż to czego pragną. Obie panie muszą zmierzyć się z trudnymi wyzwaniami i obie popełniają błędy. Ich stosunki są w owym czasie trudne i napięte. Rodzą się niepohamowane emocje, które chwilami biorą górę nad ich życiem. Moim zdaniem córka mimo nastoletniego wieku okazuje się tą lepszą i dojrzalszą wbrew regule czasu. Choć nie ma tak wiele doświadczenia a jej bagaż życiowy jest lżejszy lepiej radzi sobie z sytuacją. Niestety matka wpędza ją w ślepą uliczkę i mocno rani. Okalecza ją i tym samym staje się książkowym czarnym charakterem.

Powieść napisana prostym i lekkim językiem czyta się przyjemnie, a rumieńce nie schodzą z twarzy. Nie brakuje w lekturze mocnych momentów, zawirowań a czytelnik bywa zaskoczony rozwojem sytuacji. To dobra i mocna książka, która wbija w fotel, której fabuła nie omija trudnych tematów. Ten tytuł uświadamia, że życie to wiele wyborów, a raz podjęte decyzje sterują naszym życiem na dłużej niż się spodziewamy. Przeszłość lubi wracać i czasem trudno się z nią uporać, a los nie zawsze daje drugą szansę. Pokochałam Ninę, która stała mi się bliska jak siostra, znienawidziłam Małgorzatę choć ta chyba wreszcie zrozumiała choć część swoich błędów. Jeśli chcesz je poznać sięgnij po tę lekturę, poczuj jak czasem słodko i gorzko jednocześnie smakuje życie i jak mocno potrafi dać w kość. Gotowi na spore emocje? Zatem nalejcie do szklanki ulubionego soku, przygotujcie odrobinę kostek lodu, usiądźcie w cieniu i zajrzycie do pewnego domu w Czeladzi.

środa, 19 lipca 2017

Piotr Tymiński "Wołyń. Bez litości"


Wydawnictwo Novae Res 
data wydania 2017
stron 488
ISBN 978-83-8083-480-4

Wołyń - tam lała się obficie polska krew

Gdy chodziłam do szkoły - zarówno podstawowej jak i średniej - na lekcjach historii nie mówiło się o Wołyniu. Nauczyciele nie nauczali o eksterminacji Polaków, nie mówili młodym ludziom jak wiele ich rodaków zginęło tylko dlatego, że byli takiej a nie innej narodowości. W moim domu o Wołyniu się mówiło dużo i często. Mówiło się z racji tego, że moja rodzina pochodzi z Kresów - z okolic Lwowa. Moi przodkowie musieli zostawić swój dom i uciekać by ocalić życie. Niektórych wywieziono na Syberię, inni tułali się by przeżyć. Jako dziecko słuchałam relacji bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń. Gdy prawda o Wołyniu i Kresach ujrzała światło dzienne odetchnęłam z ulgą. Nareszcie nastały czasy w których czci się pamięć pomordowanych, zranionych i wygnanych. Ludzi takich jak bohaterowie powieści Piotra Tymińskiego "Wołyń. Bez litości". Dzięki uprzejmości jej Autora mogłam ją przeczytać i dziś chcę Wam ją zaprezentować i polecić do przeczytania. 

Od razu dodam, że do jej treści podeszłam bardzo emocjonalnie. Spowodowane jest to faktem, że moja rodzina ma kresowe korzenie. Nie drzemie we mnie ślepa nienawiść, bo nie wszyscy Ukraińcy byli źli.

Jest rok 1943. Wiosną budzi się do życia przyroda. I także nienawiść. Nienawiść rośnie w sercach ludzi, którzy przez lata żyli zgodnie obok siebie jak sąsiedzi, razem prowadzili interesy, zawierali mieszane małżeństwa. Nadszedł jednak czas, gdy zło doprowadziło do piekła na ziemi.
Wielki Czwartek to czas przygotowań do świąt Wielkiej Nocy. W domu Morawskich zamieszkałych we wsi Osty jak i w innych gospodarstwach rodzina szykuje się do najważniejszej Niedzieli w roku. I nagle spokój wieczoru zostaje zakłócony wtargnięciem do domu ukraińskiej bandy. Leje się krew, a z pogromu udaje się ocaleć Stanisławowi. Inni giną bestialsko zamordowani podobnie jak ich sąsiedzi. Domy pochłania pożoga, nastaje czas cierpienia. Stanisław ucieka ze swej wioski i udaje się do sąsiedniej miejscowości. Tam formują się oddziały samoobrony przeciwko bandom, które mężczyzna zasila. Kolejny krok Stanisława do walka w partyzantce z wrogiem. Tułaczka po lasach, narażanie życia i niepewność kto przyjaciel, a kto wróg. To lawirowanie między życiem a śmiercią, to żegnanie zabitych towarzyszy, to życie kiedy nie można być pewnym czy dożyje się jutra, wieczoru czy rana. 
Jeśli chcecie poznać losy Stanisława, a tym samym i ludności zamieszkującej Wołyń polecam lekturę powieści historycznej Pana Tymińskiego, która oparta jest na autentycznych wydarzeniach. 

Fabuła tego tytułu opiera się o wydarzenia historyczne o których długo milczano. Przez lata "zapomniano" o bezwzględności nacjonalistów, którzy z wybitnym okrucieństwem gwałcili, mordowali, grabili i palili. A korytami rzek i potoków płynęła polska krew, a dymy niosły swąd spalonych ciał. Dla osób które niewiele wiedzą o tych czasach przeczytanie tej książki może być szokiem. Szokiem a zarazem wielką lekcją historii, która wprawia w zadumę. Autorowi udało się świetnie połączyć ludzkie losy i historyczną prawdę w książkę, która jest pełna emocji i którą z emocjami napisano. I słusznie, bo nie można przejść obojętnie nad tamtymi wydarzeniami i nad tym, że do dziś gloryfikuje się bandy i ich przywódcę.

Książka jest opowieścią niezwykle plastyczną, pełną szczegółów, które przypominają klimat tamtych dni. Brutalności przeciwstawia się piękno przyrody, którą widać w tle. Ta powieść powinna trafić do rąk młodych czytelników by uświadomić cierpienie polskiego narodu w latach II wojny światowej, by pokazać jak nękano Polaków z wielu stron, jak trudno było tym, którzy swoje korzenie mieli na Kresach. 

Tę powieść przeczytałam także moja mama. Na nas obu zrobiła olbrzymie i pozytywne wrażenie. Po jej przeczytaniu objęła nas cisza. W niej przeżywałyśmy treść książki. Była ona jakby naturalna. Milczenie było hołdem dla tych, którzy zginęli, których zamordowano, spalono, zgwałcono...
Niech spoczywają w pokoju.

wtorek, 18 lipca 2017

Natalia Kołaczek "I cóż, że o Szwecji"





Wydawnictwo Poznańskie
data wydania 2017
stron 248
ISBN 978-83-7976-620-8

Szwecja niejedno ma imię


O Szwecji podobnie jak o każdym kraju na świecie krąży w powszechnej opinii wiele informacji i mitów. W jednych z nich drzemie sporo prawdy, inne są całkowitą fikcją. Jeśli ktoś chce poznać prawdziwe oblicze Szwecji, to polecam lekturę książki Natalii Kołaczek, która ukończyła filologię skandynawską, świetnie zna język szwedzki i odwiedziła Szwecję nie jeden raz. Autorka pokazuje ten kraj dokładnie takim jakim on jest. Jako przewodniczka sprawdza się wybornie i pozwala poznać ten wycinek Skandynawii z jego wieloma walorami. Przedstawiony przez nią portret ukazuje także obraz w krzywym zwierciadle czyli pełen rys i wad. Dzięki temu mamy prawdziwe oblicze, a właściwie wiele obrazów, które się na nie nakładają.

Szwecja, z którą graniczymy przez Bałtyk, jest nieco inna niż nasza ojczyzna. Szwedzi słyną z małomówności, nie są tak wylewni jak Polacy. W ich kraju panuje zimniejszy klimat i lato trwa krócej. Stopa życiowa jest wyższa niż w wielu krajach Europy. Dzieci znają Szwecję z lektury o sympatycznych rówieśnikach z Bullerbyn. Te i jeszcze wiele tematów autorka dogłębnie rozwija w swojej książce. Pisze ciekawie, a w tekst wplata wiele atrakcyjnych szczegółów i anegdot. I to sprawia, że książka czyta się sama. Kołaczek pokazuje Szwecję współczesną, ale i wielokrotnie sięga do historii tego kraju. Opisuje wybrane zdarzenia z przeszłości i wskazuje jaki mają one wpływ na dzisiejszy obraz nadbałtyckiego kraju.
W publikacji nie brakuje informacji praktycznych i tych, które wywołają na twarzach czytelników zdziwienie. Ci, którzy sięgną po tę książkę szybciej odnajdą się w szwedzkiej rzeczywistości i będą mniej zaskoczeni specyfiką kraju, w którym mieszkają odmienni od nas kulturowo ludzie, którzy mają nieco inną od naszej mentalność i zapatrywanie na świat. Szwedzi mają swoje wady i zalety, mają swoje odmienności. Warto je poznać i przyjąć to, co jest godne uwagi. Ta lektura opisuje wnikliwie różne aspekty życia – od kultury po kulinaria, od faktów opisanych w kronikach historycznych po zwyczaje ludowe. Nie brak słów na temat systemu edukacji, podatków, sposobów obchodzenia przeróżnych świąt, ale także i osobliwości związanych z wychowaniem dzieci czy typowo szwedzkich smakołyków. Z tytułu wyłania się niezwykle barwny obraz kraju, który tylko na pozór wydaje się surowy i zimny.

Książka nie jest zbyt gruba, ale kryje w sobie wiele ciekawej treści, przez co daje się pochłonąć w jeden wieczór. Po jej lekturze wzmogło się moje zainteresowanie krajem, którym kiedyś władali królowie z dynastii Wazów. Tekst uzupełniają dość oryginalne fotografie, które świetnie dopełniają klimat lektury i rozkręcają naszą ciekawość. Po przeczytaniu tej książki rozszerzyłam poznaną tematykę w internecie i zakochałam się w Szwecji po same uszy. Jeśli chcecie bardziej poznać współczesną Europę, jeśli jesteście ciekawi jak żyją nasi sąsiedzi, jeśli lubicie ciekawe relacje z podróży do innych krajów to idealna lektura dla Was. Polecam przeczytanie jej każdemu bez względu na płeć i wiek. Biję brawo autorce za świetne wyczerpanie podjętych kwestii, za wybór zawartych informacji, za pokazanie kawałka Skandynawii z każdej strony. Z napisanych słów widać zachwyt Szwecją, czuć pasję i zainteresowanie oraz doskonale wykonaną pracę literacką. Wypada także pochwalić za przepiękną okładkę i staranne wydane. To jak, poznajecie Szwecję z Natalią Kołaczek?

poniedziałek, 17 lipca 2017

Shauna Niequist "Piękne życie"





Wydawnictwo Znak
data wydania 2017
stron 240
ISBN 978-83-240-4557-0

Zatrzymaj się i zmień swoje życie na lepsze

Czas akcji:  XXI wiek
Bohaterka:  kobieta dorosła - matka, żona, partnerka, osoba pracująca zawodowo i prowadząca dom
Stan duszy: przemęczona, niewyspana, zestresowana, niemająca czasu dla siebie
Wiecznie: w biegu, galopie, w pośpiechu
Efekt: niezadowolenie, nerwowość, brak radości z życia

Recepta na powyższe dolegliwości : zatrzymać się i zmienić swoje życie. 
Przejść metamorfozę i stać się NIEIDEALNA.
Wykonalne? OCZYWIŚCIE!!!

Dowodzi tego w swojej książce Shauna Niequist i opowiada o przemianie, którą przeszła. Treść tej publikacji mocno do mnie przemówiła. Często bowiem miałam wrażenie, że czytam o sobie samej. Owszem nasze życiowe drogi w pewnym sensie się różnią, ale ja też postanowiłam być modelem super żony, kochanki, psiej mamy, pani domu .... i tu by można wymienić jeszcze kilka ról. Wzięłam się ambitnie z życiem za bary dokładnie tak jak Autorka. Zaczęłyśmy więc pędzić do przodu w tempie pendolino, wsiadłyśmy na karuzelę, która nie staje tylko ciągle przyśpiesza. Okazało się jednak, że droga do perfekcyjności to pęd donikąd. Ślepa uliczka i świetna metoda do robienia krzywdy sobie i innym. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że muszę coś zmienić i właśnie wtedy dostałam propozycję recenzji tejże książki o której napiszę słów kilka. 
Nie będę jednak bezkrytycznie chwalić tego tytułu, bo jak to zawsze u mnie bywa w każdym poradniku znajdę coś, co mnie drażni. W tej książce była to religia. Bo temat książki jest doskonały, ale czy z niej skorzysta np. agnostyk czy ateista? No raczej zachowa ostrożność. 
Sama uważam, że religia to jak seks rzecz mega osobista i nie należy nią szafować, afiszować się itd. 

Sam pomysł na pokazanie metamorfozy jest perfekcyjny. Bo wiele kobiet nie wierzy, że jednak można. Można, jak najbardziej tylko trzeba być do tego przekonanym, przygotowanym i gotowym. 
Idealizm szkodzi. Autorka dokładnie opisuje ten stan i dążenie do perfekcji. Wpadamy w błędne koło. Koło, które mocno trzyma. I doprowadza nas do szału, do dręczenia siebie coraz nowymi normami i planami, pisaniem tego, co mamy zrobić. A czasem przecież warto tylko pożyć, pooddychać pełną piersią, przytulić się do kogoś bliskiego, zapatrzyć w chmury. Tylko tyle, choć dla niektórych aż tyle. 
Książka jest nieco idylliczna i przesłodzona, wysuwa się z niej wniosek, że cały proces zmian przychodzi lekko i softowo. Nie wierzę, że jest aż tak dobrze. Poza tym nie bardzo jestem skłonna zrozumieć, że każdy ma możliwość zrezygnować z pracy. To czasem konieczność by mieć na chleb - dla mnie praca i kariera to odmiany zapewnienia bytu materialnego. Wiara, że Bóg chroni jest tylko dla mocno i ślepo wierzących, osobiście nie potrafię sama iść tym torem dziecięcego zawierzenia. 
Owszem zgodzę się z tezą, że warto żyć po swojemu, że nie trzeba wkładać maski i robić to, co inni, co modne. 
Reasumując. Książka ma plusy i minusy. To już chyba się nie zmieni w mojej ocenie poradników. Zmienić się można i czasem trzeba, ale trudno wyrwać całą siebie od razu i zrobić to w stu procentach. Książka opisuje jednak niepolskie realia. W naszym kraju, gdzie absurd goni absurd pewne rzeczy są specyficzne i utrudniają normalne życie. Tym samym żyć zdrowo psychicznie jest trudniej. Książka pokazuje lepszy świat, więc u nas efekt może przyjść mniejszy bądź późniejszy. 
Z lektury wyciągnęłam cenny morał. Umiar, umiar i jeszcze raz umiar. Zero skrajności, bo te gubią. 

sobota, 8 lipca 2017

Dorota Schrammek "W słońcu i we mgle"





Wydawnictwo Szara Godzina
data wydania 2017
stron 288
ISBN 978-83-6568-421-9

Na życiowym niebie bywają i słońce, i chmury


O kwietniu mówią, że przeplata: daje i zimę i trochę lata. Tak samo jest z życiowym niebem. Czasem świeci na nim słońce, a czasem królują gęste chmury, grzmi i pada mocny deszcz. Takie właśnie jest prawdziwe życie. Pewne jest to, że nasza życiowa pogoda będzie się zmieniać i z tym każdy z nas musi, czy chce czy nie chce, się pogodzić.

Przekonują się o tym cztery główne bohaterki najnowszej powieści Doroty Schrammek, które spotykają się w małym hotelu położonym w niewielkim miasteczku. Niepozorny hotelik położony w centrum Wałcza staje się na chwilę ich domem, ich życiowe ścieżki los krzyżuje, a odpowiedź na pytanie „co z tego wyniknie” tkwi w fabule książki, która szybko podbiła moje czytelnicze serce.
Majka po nagłej śmierci męża musi sama prowadzić hotel. Szybko dowiaduje się, że małżonek pozostawił po sobie spore długi, których odsetki rosną w ekspresowym tempie. Parabanki są bezlitosne i ślą monity, ponaglenia oraz windykacyjne pogróżki. Wymarzony rejs, który był ostatnim urlopem u boku męża okazał się być finansowany cudzymi pieniędzmi. Niestety długi trzeba spłacić, ale brakuje na to środków.
Alicja jest fotografem i otrzymuje zlecenie zrobienia zdjęć Wałcza oraz jego okolicy. Fotki wychodzą piękne i oryginalne, ale pojawia się na nich osoba nie z tego świata.
Natalia i Bożena mają kłopoty małżeńskie, ich związki przeżywają kryzys i niewiele brakuje, by się zakończyły. Cztery kobiety, cztery światy i kilka wspólnych dni zmieniają ich przyszłość, bo przeszłości zmienić już nie mogą. Czy przypadkowe spotkanie w hotelowych murach sprawi, że ich życie stanie się lepsze, prostsze i bardziej kolorowe? Czy kłopoty znikną a na twarze powróci uśmiech?

„W słońcu i we mgle” to godna polecenia powieść obyczajowa, którą pisze samo życie. Nie ma w niej oderwanej od rzeczywistości fabuły. Przez jej karty przewijają się wyraziste i realne postacie, które mają wady i zalety, a które nie są słodkie i plastikowe. Ukazana codzienność jest pełna niespodzianek. Składają się na nią chwile lepsze i gorsze, ale nie można stwierdzić, że w życiu bohaterek wieje nudą. Opisane kobiety są tylko pozornie szare i zwyczajne. Każda z nich dźwiga ciężki życiowy bagaż. I tak jak to w życiu bywa, przeszłość nie da się odciąć od tego, co jest dziś i co będzie jutro. Bo dopóki nie uporządkuje się zaległych spraw, nie ma co marzyć o spokoju i stabilizacji. Dorocie Schrammek świetnie udało się uchwycić pewne życiowe prawidło – w obcych miejscach, tam, gdzie jesteśmy tylko na chwilę chętnie otwieramy się przed nieznajomymi i błyskawicznie nawiązujemy z nimi nić porozumienia. Zwierzamy się z najbardziej głębokich sekretów i tajemnic. Tak czynią właśnie bohaterki powieści i tym samym bardzo ułatwiają sobie życie. Bo często na górę problemów i tony kłopotów trzeba spojrzeć z dystansu, by uchwycić najkorzystniejsze rozwiązania.

Powieść autorki „Horyzontów uczuć” jest ciepła, wzruszająca i porusza tematy takie jak miłość, zazdrość, strata, żałoba. Książka łączy w sobie elementy powieści obyczajowej i psychologicznej, a w tle przeplatają się ciekawe informacje o miejscu, w którym rozgrywa się akcja lektury. Trudno się od tego tytułu oderwać, a książka z każdą przeczytaną stroną podoba się bardziej i bardziej. W powieści panuje prowincjonalny klimat, który wcale nie jest nudny czy przewidywalny. Dzieje się wprost przeciwnie. Czytelnicza ciekawość jest mocno połechtana a dreszczyk emocji jest jak najbardziej obecny. To najlepsza moim zdaniem powieść Doroty Schrammek, którą autorka udowadnia, że rozwija się warsztatowo i ma talent do tworzenia ciekawych, nietuzinkowych historii. Polecam tym, którzy szukają lektury i lekkiej i ciekawej, takiej która zrelaksuje i takiej, która ma w sobie wiele życiowej mądrości.

piątek, 7 lipca 2017

Sandra Nowaczyk "Friendzone"






Wydawnictwo Feeria young
data wydania lipiec 2017
stron 408
ISBN 978-83-7229-664-1

Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Autorką powieści o nastolatkach, dla nastolatek i nie tylko, jest nastolatka - Sandra Nowaczyk urodzona w 2000 roku. Młoda pisarka swoim debiutem udowadnia, że ma talent. Jej książka to powieść w której fabułę podjęty jest temat miłości i przyjaźni męsko-damskiej. Połowa ludzkości uważa, że czysto przyjacielska relacja między kobietą i mężczyzną jest niemożliwa i kończy się romansem bądź ślubem. Są też tacy, którzy twierdzą, że płcie przeciwne mogą się z sobą przyjaźnić i tylko przyjaźnić a takie niezmienne relacje mogą trwać latami. Jak jest naprawdę, albo co statystycznie przeważa? To świetny temat na pracę co najmniej doktorską, ale to także dobra kwestia, którą można wpleść w książkową fabułę. 

Tatum i Griffin przyjaźnią się od dziecka. Są ze sobą bardzo zżyci i spoufaleni. Wiedzą o sobie wszystko, a ich relacja przypomina najbardziej idealne rodzeństwo. Mają naście lat i każde z nich jest w związku uczuciowym. Ona ma chłopaka, który nie jest ideałem i czasem zawodzi, on ma dziewczynę, którą kocha. I tak ma pozostać. Jak się okazuje jest to założenie czysto teoretyczne. Wszystko zmienia jeden wieczór, jeden bal maskowy na który Tatum w ostatniej chwili odwołuje przyjście, bo jej chłopak zawiódł i się upił. A jednak przychodzi i przeżywa olśnienie. Bo nagle serca Tate i Griffina zaczynają bić wspólnym rytmem. Opadają maski a wraz z nimi i szczęki młodej dziewczyny i chłopaka. Nastaje chwila, której miało przecież nigdy nie być. Jeden taniec i świat zmienia barwy, wali się w gruzy. Od tego tańca zaczyna się gra pozorów, a nasi bohaterowie wkładają na twarze totalnie niedopasowane maski. Do głosu dochodzą uczucia i wszystko staje na głowie? Jak potoczą się dalsze losy Tatum i jej przyjaciela?

"Friendzone" to książka, która idealnie nadaje się na kilka letnich godzin. Czyta się ją niezwykle lekko, ale uwaga - w tej powieści drzemie "magnez", który do niej mocno i zdecydowanie przyciąga. Opisana historia spotkała pewnie tysiące przyjaciół na całym świecie - nagle w przyjaźń wkradło się pożądanie, uczucie, które przychodzi nagle i dotyka z zaskoczenia. Każdy duet radzi pewnie sobie z nim w różny sposób. Może okazać się, że to tylko zauroczenie, które szybko minie. Może to być prawdziwa miłość, która zaprowadzi do ołtarza. Można też zaprzeczyć rytmowi serca i być głuchym na jego wołanie. Jak będzie w książce oczywiście nie zdradzę, bo uważam, że to godna polecenia opowieść, której warto poświęcić kilka godzin. Autorką jest nastolatka, która zaprasza do świata jej rówieśników. Łatwo jest Jej go opisać i dlatego też ta historia jest bardzo autentyczna i naturalna. 
Książka jest naładowana emocjami. Do narracyjnego głosu dopuszczona jest więcej niż jedna postać. Dzięki temu treść którą poznajemy jest jeszcze bardziej wiarygodna oraz prawdziwa. 
Fabuła szybko mnie ujęła, chwyciła za serce. Polubiłam bohaterów, którzy są tacy zagubieni, niepewni swoich decyzji i ze względu na zaistniałą sytuację i ze względu na trudny wiek w którym buzują hormony i pojawiają się chwile buntu. Lektura tej powieści doskonale uświadamia jak pełny pułapek i zawiłości jest czas dorastania, jak trudno jest opanować burze uczuć, które w wieku lat nastu nami targają. 
Tę książkę polecam nie tylko nastoletnim dziewczynom, ale także pokoleniu ich mam. Dla starszych czytelników to przyjemny i nieco sentymentalny powrót do przeszłości. Polecam gratulując Autorce mocnego debiutu.

czwartek, 6 lipca 2017

Olga Puncewicz "Góry na opak 2, czyli rozmowy z tymi, co zostają"





Wydawnictwo Burda National Geographic
data wydania 2017
stron 254
ISBN 978-83-7596-720-3

Żałoba i co dalej?


Kolejna książka żony nieżyjącego himalaisty Piotra Morawskiego jest niezwykła i jedyna w swoim rodzaju. Łączy trzy tematy: góry, śmierć i żałobę, czyli: te, które są i działają jak narkotyk; koniec, który nadchodzi nagle, nieplanowany, aczkolwiek ostateczny, i stan po stracie, który dotyka tych, którzy zostali. Autorka sama doświadczyła tego, o czym napisała i świetnie ujęła temat bolesny, trudny, ale i taki, o którym wielu woli pomilczeć niż pomówić.

Lektura to rozmowy z tymi, którzy straty doświadczyli i zostali osamotnieni, ale także nie brakuje opowieści matki sławnej podróżniczki, która otarła się o śmierć i pozostała wśród żywych. By krótko ocenić tę książkę wystarczy powiedzieć, że jest ogromnie osobista i że wkracza w sferę najbardziej intymną. Nie każdy dziennikarz, nie każdy publicysta, nie każdy człowiek byłby w stanie tak delikatnie, tak prosto a zarazem tak kulturalnie podjąć się rozmowy o sprawach ostatecznych.

Ośmiu rozmówców przeżyło trudne chwile. Wysokie szczyty i zły los zabrały im spokój i bliskie osoby: kolegów, znajomych, ojca, matkę, męża czy brata. Góry najpierw kusiły swoją urodą, pociągały ku sobie, a potem odbierały kogoś na zawsze. Zabierały również możliwość pożegnania, odprawienia tradycyjnego pogrzebu, bo chłonęły nie tylko dusze, ale i ciała ofiar. W zamian dawały ból, żałobę, depresję, rozpacz. Wciąż patrzyły dumne i majestatyczne na tych, którzy chcieli upamiętnić kogoś pamiątkową tablicą wbitą w skałę blisko miejsca tragedii.

Rozmawiając Olga Puncewicz pyta otwarcie o niezwykle osobiste przeżycia i stawia wyjątkowo trudne pytania. Dzięki swoim doświadczeniom wie jak nikt inny ile można posunąć się w słowach i rozumie odpowiedzi oraz reakcje jakie towarzyszą przeżyciom bo sama była na miejscu rozmówców. Choć to książka opowiadająca o ludziach gór, którzy odeszli to można ją odnieść do każdego kto zmarł, po kim została pustka i wolne miejsce przy stole. Czytając tę publikację czuje się olbrzymie wzruszenie. Osoby bardziej wrażliwe jej lektura poruszy do żywego. Wywoła łzy i smutek, tym zaś którzy zmagają się z żałobą da nadzieję, że życie nie kończy się na pogrzebie osoby bliskiej, że płynie dalej. Płynie i daje kolejne szanse, nadzieje, łzy i radości. Rozmówcy Autorki opowiadają swoje przeżycia z czasów przed i po śmierci bliskich, wspominają chwile tuż po tym jak dowiedzieli się o wypadkach w górach oraz dzielą się tym, co bardzo zabolało. Opowiadają o chwilach gdy spełnił się czarny scenariusz, dzielą się lękami i obawami, problemami, które spadły niczym ogromna lawina. Każdy z nich radził sobie z trudami życia inaczej i na swój sposób wychodził na prostą. Wydrukowane na stronach tego tytułu słowa czyta się z zapartym tchem i refleksją. Dzięki lekturze można spojrzeć na góry i życie inaczej – rozsądniej i mniej brawurowo. W głowie rodzi się pytanie czy warto iść do strefy śmierci, czy egoizmem jest narażanie swojego życia i spokoju najbliższych. Wielu z tych co kochają góry odpowie, że wypadki zdarzają się wszędzie a ludzie nie są wieczni...

Polecam lekturę tej książki zwłaszcza tym, którzy lubią czytać o himalajskich wyprawach oraz tym, którzy zawzięcie krytykują alpinistów i tych, którzy zdobyli himalajskie kolosy. Poznanie tego tytułu pozwoli zrozumieć czym jest pasja która gra ze swoimi fanami w rosyjską ruletkę. Ta książka daje nadzieję i siłę, krzepi i uczy że wielką życiową mądrością jest godzenie się z losem, który nie zawsze jest łaskawy. Bo śmierć i życie idą zawsze razem w parze i pewnego dnia dla każdego z nas się splotą. Trzeba więc cieszyć się tym, co daje los, bo nic dwa razy się nie zdarza i nie warto umierać za życia.

środa, 5 lipca 2017

Anna Kamińska "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci"






Wydawnictwo Literackie 
data wydania 2017
stron 480
ISBN 978-83-08-06357-6

O Wandzie, co góry nade wszystko kochała

Postać Wandy Rutkiewicz przed lekturą książki Anny Kamińskiej była mi dość dobrze znana. Nie mogłam jednak odmówić sobie przeczytania kolejnego tytułu, która opowiada o Legendzie nie tylko polskiego, ale światowego himalaizmu. Sięgnęłam po tę biografię i od samego początku z przyjemnością zatopiłam się w treści, która pochłonęła mnie bez reszty. 
Autorka wspaniale ukazała sylwetkę kobiety, która była niezwykłą osobowością. Damą z pazurem i nietuzinkowym charakterem, a przy tym piękną kobietą obdarzoną urodą, ciepłym głosem, w sercu której królowały góry. Góry, który jak się okazuje zdominowały Jej życie i były największą miłością, największym kochaniem.
Jej dzieciństwo i młodość nie były pasmem szczęśliwych i beztroskich dni za sprawą rodziców. Wanda szybko stała się samodzielna i bardziej zaradna niż jej rówieśniczki. Sytuacja rodzinna sprawiła, że nabrała dystansu do świata i ludzi, stała się nieufna i ta cecha pozostała jej do końca życia. Wanda Rutkiewicz była też perfekcjonistką, chciała wszystko robić najlepiej jak tylko można i dlatego też nie była w życiu szczęśliwa. Bo wymagała wiele od siebie, ale i od innych, a to nie przysparzało jej przyjaciół.
Właśnie w nieperfekcyjnym świecie, bez pomnikowej wyższości, a w zwyczajnym świetle Jej sylwetkę przestawia Anna Kamińska. Tym zabiegiem pokazuje prawdziwe "ja" zdobywczyni Everestu. A ten zabieg wcale nie był prosty, bo Wanda miała naprawdę mocno skomplikowaną osobowość. Miewała humory typowe dla płci słabej, ale tą nigdy nie była. Bywała apodyktyczna i "głucha" na zdanie innych. Potrafiła gonić cel za wszelką cenę, brakowało jej miłości i ciepła ze strony ludzi, a ona sama zahartowana i poturbowana przez życie nie potrafiła ich dać innym.
Tytuł pokazuje kobietę wyjątkową od jej urodzenia po ... kres, bo dokładnej chwili śmierci nie ustalono. Wanda z domu Błaszkiewicz zaginęła na zboczu trzeciego pod względem wysokości szczytu na Ziemi i jej trop się tam urwał. Nie znaleziono ciała do dziś. Zatem nasza bohaterka tak tajemniczo jak żyła, tak i odeszła.
Sylwetka czołowej polskiej himalaistki ukazana jest dogłębnie i z różnych perspektyw - rodzinnych, zawodowych i tych górskich. Z nich płynie wyraziście jedna myśl, że Wanda oblicz miała wiele i były one różnorakie. Była twarda i wrażliwa, uparta i zdeterminowana w osiąganiu celów. Szczęśliwa była chyba tylko w górach. To nim właśnie podporządkowała swoje życie, a one zabrały ją światu na zawsze. Biografia pióra Anny Kamińskiej pokazuje siłę pasji, prawdziwą twarz bohaterki - bardzo ludzką, bez idealizowania i patosu. Wanda Rutkiewicz była zatem zwyczajnie nadzwyczajna, ciepła i zimna zarazem, piękna i niedostępna jak szczyty które zdobywała. Nie potrafiła grać, nie była aktorką na planie życia.

Anna Kamińska perfekcyjnie odmalowała wyjątkową postać. Ta biografia zaciekawi każdego miłośnika tego gatunku. Wydawca także przepięknie wydał książkę i to sprawia, że lektura zasługuje na najwyższą z możliwych ocen. Książka przybliżyła mi opisywaną postać jeszcze bardziej niż ją znałam  bowiem tekst zawiera nieznane wcześniej zdjęcia, dokumenty i wypowiedzi osób z otoczenia himalaistki. Gorąco polecam lekturę tego tytułu osobom młodszym i tym, które kibicowały Wandzie Rutkiewicz w czasie jej wspaniałej kariery. Rekomenduję tytuł amatorom dobrej biografii, zachęcam do lektury tych, którzy lubią czytać o ludziach wyjątkowych i ponadprzeciętnych.


poniedziałek, 3 lipca 2017

Magdalena Kordel "Córka wiatrów"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2017
stron 400
ISBN 978-83-240-4564-8

Dawno temu w Wilczym Dworze...

Dawno, dawno temu w Wilczym Dworze mieszkała pewna kobieta. Miała na imię Konstancja. Los wiele razy obszedł się z nią niedelikatnie. I sprawdziło się porzekadło, że co nie zabija to wzmacnia. Nasza bohaterka nie załamała się, a tylko zahartowała i uodporniła na życiowe kłopoty oraz troski. To była niezwykła dama, która miała w sobie wiele siły i życiowej mądrości. Jak na czasy w których przyszło jej żyć nie miała łatwo. Miała za to wspaniały charakter i światły umysł. Cechowała ją dyplomacja i życiowa mądrość, która nie jeden raz pomogła jej zażegnać spory, kłopoty i niepotrzebne kłótnie. Pod pozornie tylko kruchą powłoką kryła się osoba twarda, pewna siebie i zdecydowana. Była zarówno silną jak i słabą płcią. Chcecie ją poznać? W takim razie zapraszam do lektury najnowszej powieści Magdaleny Kordel, która rozpoczyna cykl Wilczy Dwór.

Lektura przenosi nas w czasie i przestrzeni do świata w którym Polski nie było na mapie świata. W zaborze rosyjskim po powstaniu styczniowym, po śmierci męża gospodarzyła samodzielnie kobieta. Majątek był spory i prosperował całkiem nieźle. Spokojna Konstancja wiodła samotne i ciche życie. Sama dawała sobie radę, ale jak się okazało jej życie nie było wolne od trosk. Do jej uszu doszły słuchy o niegodziwych zachowaniu rządcy, który dobrze wykonywał swoje obowiązki, ale był złym człowiekiem. Pomocy potrzebowała także jej śmiertelnie chora powinowata, a dawna miłość - Jan miał się pojedynkować z Sępińskim. Jak ułoży się przyszłość? Jak poradzi sobie z trudami życia dama o szlachetnym i dobrym sercu, która nie chce niczyjej krzywdy?

Zapraszam wraz z Magdaleną Kordel do innego od współczesnej rzeczywistości świata w którym technika oznaczała co innego niż cyfryzacja. Panie nosiły wtedy długie suknie, a honor był czymś co charakteryzowało każdego wartego szacunku mężczyznę. Opisany świat jest inny, a przez to egzotyczny, ciekawy i tajemniczy. Czytając urzekłam urokowi tej książki, jej klimatowi, który  kojarzył mi się z powieścią "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Magdalena Kordel napisała swoją powieść o wiele lżej, w łagodniejszym i mniej patetycznym stylu. Akcja tej lektury nie jest zbyt dynamiczna, nie biegnie szybko a raczej przypomina leniwe sunącą sporą rzekę płynącą przez równinę, która wydaje się być spokojna aczkolwiek ma swoje tajemnice. Ta książka będzie idealną lekturą dla romantycznych czytelniczek, które lubią niespieszne tempo, które zwracają uwagę na szczegóły i detale oraz drobnostki, które mogą wiele wnieść do tytułu. Lektura ta idealnie spełni nasze oczekiwania jeśli zechcemy cofnąć się czasie, zanurzyć w innym świecie w którym panowały całkiem inne reguły, tradycje i obyczaje. Książka świetnie odrywa od codzienności XXI wieku, jest może nieco melancholijna, romantyczna, a przez to ulotna, zwiewna i eteryczna. 
 
To całkiem inny kolor literatury niż ta, która opowiada o współczesnych kobietach zatrudnionych w korporacji czy szukających swego miejsca na prowincji. Napisanie jej z pewnością wymagało wiele pracy i trudu, zagłębienia się w przeszłość i poszperania w źródłach. Moim zdaniem to dobry początek serii, która jeszcze bardziej się rozwinie, rozkręci i skomplikuje. Czekam na kolejny tom mocno zaciekawiona jak dalej potoczą się losy Konstancji i innych bohaterów. 

sobota, 1 lipca 2017

Lauren Fern Watt "Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem"





Wydawnictwo Harper Collins
data wydania 2017
stron 208
ISBN 978-83-276-2936-4

Pies rani człowieka tylko raz - gdy odchodzi



Książka napisana przez Lauren Watt opowiada prawdziwą historię, która wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych. Trwała ona sześć lat i przydarzyła się niespodzianie. Pies, a właściwie suczka rasy mastif angielski zjawiła się w życiu Autorki całkowicie niespodzianie. Rodzina Lauren miała już bowiem dwa psy, a trzeci został zakupiony pod wpływem impulsu, spontanicznie za namową matki pisarki, która miała spore problemy z alkoholem. Niejako w ramach przeprosin kobieta kupiła nastoletniej córce psa rasy należącej do ras olbrzymich. Sunia otrzymała imię Gizelle i momentalnie zaskarbiła sobie serce nowej pani. Lauren zakochała się w niej po uszy. Pomiędzy psem a człowiekiem zawiązała się niezwykła, wręcz wyjątkowa relacja. Co mam na myśli zrozumieją tylko Ci, którzy ze swoim czworonożnym przyjacielem przeżyli to samo. Ci, którzy nie wiedzą jakim cudem jest taka prawdziwa i mocna psio-ludzka przyjaźń niech przeczytają ten tytuł. Książka oddaje klimat tej relacji wyjątkowo perfekcyjnie.

Rodzina Lauren mieszkała w Tennessee. Spokój domowy zakłócały problemy z alkoholem matki autorki. Były one na tyle poważne, że doprowadziły do rozwodu i rozpadu rodziny. Podarowany szczeniak pomógł Lauren pogodzić się ze smutnymi faktami, a Gizelle i jej pani stały się nierozłączne. Przeżyły razem przeprowadzkę z małej miejscowości do Nowego Jorku, spędziły dni w akademiku i małym, zdecydowanie za małym dla takiego psa mieszkanku, ale najważniejszy okazał się nie metraż, ale uczucia jakie połączyły kobietę i jej psa. Gizelle stała się kimś najbliższym: terapeutką - mimo że miała swoje lęki, przyjaciółką – mimo że nie posługiwała się ludzką mową, powiernicą – mimo że nie znała zasad funkcjonowania ludzkiego świata, który sami ludzie kochają sobie komplikować. Dzięki psu życie jego opiekunki stało się inne. Lauren nauczyła się cierpliwości i odpowiedzialności. W zamian dostała morze miłości, dożywotnie oddanie i wierność po grób. Niestety po chwilach szczęścia i radości przyszedł cios od losu. Śmiertelna choroba, na którą weterynarze nie mieli antidotum. Zaczęła się walka o każdy krok, dzień, chwilę, o każdy oddech. Wtedy Lauren zabrała swoją ukochaną Gizelle w ostatnią podróż i spełniała kolejne marzenia tak swoje jak i psa.

Książka to bardzo osobista historia opowiedziana w sposób naturalny. Czyta się ją ze wzruszeniem i wielką przyjemnością. Od samego początku łatwo wyczuć, że to książka szczera, która została napisana ku pamięci wspaniałej czworonożnej przyjaciółki, która sprawiła, że świat na sześć lat stał się inny. Niestety piękną relację przerwała choroba, a los po raz kolejny uświadomił smutną prawdę, że nic nie jest nam dane na zawsze. Rozdziały opowiadające o chorobie i odchodzeniu są bardzo smutne, a lekturze towarzyszą łzy. Trudno je będzie czytać tym, którzy przeżyli stratę psiego kompana. Ta historia uświadamia, że czworonożny przyjaciel jest czymś wyjątkowym, co daje nam los, że relacje między ludźmi a zwierzętami mogą mocno zmienić naszą rzeczywistość na lepszą. Ten tytuł to idealna lektura dla tych, którzy kochają zwierzęta, którzy dzielą swoje domy z psami, którzy są zdania, że każde zwierzę, którym się opiekujemy ubogaca nas i jest nam bezgranicznie oddane. Ta książka to świetna lektura dla tych, którzy jeszcze nie doświadczyli posiadania zwierzęcego przyjaciela. Jej przeczytanie odkryje przed nimi sekrety relacji zwierzę- człowiek. Wspaniały tytuł, który polecam.



poniedziałek, 26 czerwca 2017

Jodi Picoult "Małe wielkie rzeczy"





Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2017
stron 608
ISBN 978-83-8097-112-7

Małe bywa wielkie 


Jodi Picoult to świetna pisarka powieści obyczajowych, w których zaczytują się miliony czytelników na całym świecie. Ostatnie trzy tytuły były jednak, w mojej opinii, nieco słabsze. Po nich ulubienica wielu czytających kobiet powróciła w wielkim stylu i obdarowała swoich fanów rewelacyjną, mocną książką, w której poruszony jest bardzo kontrowersyjny temat – rasizm.

Fabuła splata losy czterech osób – małżeństwa, któremu rodzi się dziecko; czarnoskórej położnej Ruth i pani adwokat, której z urzędu przypada obrona kobiety. W chwili narodzin dziecka nikt nie przypuszcza, że jego linia życia jest króciutka i za chwilę zdarzy się tragedia. Rodzice są zapatrzeni w synka i wydaje się, że wszystko ułoży się pomyślnie. Ojcu i matce dziecka, którzy są rasistami nie podoba się, że opiekę medyczną nad ich niemowlakiem przejmie Afroamerykanka. Odpowiedni wpis ręką przełożonej oddziału zostaje odnotowany w dokumentacji medycznej. Z racji jego złożenia następują tragiczne wydarzenia niczym z koszmarnego filmu, a mały chłopczyk umiera. Te chwile na zawsze zmieniają życie głównych bohaterów. Po zgonie niemowlaka nic już nie jest takie samo, a świat nabiera innych barw...

Po przeczytaniu książki z wypiekami na twarzy, wylaniu rzeki łez i wielu lawinach emocji orzekam, że to proza obyczajowa najwyższych lotów, że to prawdziwa czytelnicza perła i książka, która ma moc tajfunu, siłę arktycznego mrozu i afrykańskiego upału jednocześnie. Autorka odważnie brnie w tematykę, która budzi emocje od setek lat i bardzo wyraziście oraz plastycznie pokazuje świat ludzi o ciemnej skórze, który tylko pozornie wydaje się być równy rzeczywistości ludzi białych. Choć zniesiono niewolnictwo, choć prawo głosi równouprawnienie, choć na straży przepisów uchwalonych przez organy władzy stoją odpowiednie służby to ich przestrzeganie jest wielokrotnie fikcją. Czytelnicy przekonują się o tym wraz z Kennedy, która po raz pierwszy broni kobiety oskarżonej o morderstwo. Biała prawniczka odkrywa i doświadcza dzięki sytuacji swojej klientki co znaczy dyskryminacja, uprzedzenia, gorsze traktowanie wynikające tylko z koloru skóry. Akcja książki jest dynamiczna, pełna przejmujących scen, chwytających za serce zwierzeń i dialogów. Pokazany w niej świat jest okrutny i bezlitosny, często niesprawiedliwy i pełen pozorów, które ogromnie mylą. Namalowany obraz dwóch rzeczywistości – czarnej i białej jest bardzo konkretny. Pokazany w całej okazałości z wielu stron. I ten zabieg pozwala łatwo zrozumieć treść tytułu i powody, dla którego autorka odmalowała go słowami. Nienawiść rodzi jeszcze większą nienawiść, a dobro nie zawsze jest w stanie się obronić. Losy Ruth pokazują jak trudno jest być w mniejszości, jak łatwo uprzedzenia potrafią zrujnować życie i jak wielkiej odwagi trzeba by powiedzieć prawdę, która nie jest pożądana i lubiana.

Kolejna lektura z popularnej serii „Kobiety to czytają” to rewelacyjna książka, która poruszy wiele serc, która na długo zapadnie w pamięć i zmieni podejście do świata tych, którzy zdecydują się po nią sięgnąć. Powieść ma wiele atutów i trudno się z nią rozstać. Zakończenie ma śmiałą wymowę i pokazuje, że nie powinno zamiatać się trudnych spraw pod dywan, a otwarcie o nich mówić i tym samym zmieniać świat na lepsze. Jeśli zatem chcecie spędzić czas z powieścią wybitną to wybór najnowszego dzieła Jodi Picoult będzie niezwykle trafiony.

wtorek, 20 czerwca 2017

Moja nowa Wielka Miłość czyli ...

Witajcie w upalny dzionek. Dziś opowiem Wam o mojej nowej Wielkiej Miłości, która ma na imię
INSTAGRAM!!!

W zasadzie konto miałam założone jakiś czas temu, ale jakoś tak sobie odpuściłam wędrówki w krainę zdjęć i filmów. Ale pewnego dnia coś zaiskrzyło, coś błysnęło i rzuciłam się jak szalona dodawać zdjęcia. Wciągnęło mnie i to jak cholera. Więc jeśli chcecie to znajdziecie mnie pod moim blogowym nickiem malineczka74.

Czy to tylko typowy bookstagram? No nie do końca. Bo w sumie są tam trzy kategorie, które wiele w moim życiu znaczą. Rodzina i psy, natura i piękne widoki oraz oczywiście książki. Zapraszam jeśli ktoś ma ochotę zerknąć na mój profil 


sobota, 17 czerwca 2017

Kirsty Moseley "Nic do stracenia. Wreszcie wolni"


Wydawnictwo Harper Collins
data wydania 2017
stron 336
ISBN 978-83-276-2959-3

Droga ku wolności bywa kręta i trudna

Najnowsza powieść Kirsty Moseley, która ukazała się na polskim rynku to książka opowiadająca dalsze losy Anny Spencer i Ashtona Taylora będąca kontynuacją "Nic do stracenia. Początek".
Wobec tego tytułu miałam pewne oczekiwania. Chciałam by lektura była lepsza od jej poprzedniczki, by temperatura emocji wzrosła, by zakończenie poruszyło do głębi i mocno zaintrygowało. Czy się rozczarowałam? Czy książka ma słabe punkty? Czy można było ją napisać lepiej? 
Odpowiedzi brzmią: Troszkę tak. Owszem. Myślę, że tak.

Ta powieść to typowa młodzieżówka adresowana do nastolatek. Ta grupa wiekowa młodych dziewczyn z pewnością skupi się na głównym wątku, którym jest wątek miłosny i nie za bardzo dostrzeże tło. Starsze Czytelniczki z pewnością zwrócą uwagę na odrobinę za dużo słodkości, przewidywalności i nastoletniej infantylności. Bohaterowie, którzy już są pełnoletni powinni być odrobinę poważniejsi, ale może to skutek motyli w brzuchu i miłości? 

Anna staje córką prezydenta elekta. Musi radzić sobie z zainteresowaniem mediów i byciem osobą publiczną. To trudne a na dodatek jej prześladowca znów ma szansę po procesie na odzyskanie wolności. Czy Annie i Ashtonowi uda się pokonać lęki i koszmary z przeszłości? Czy ułożą sobie wspólne życie i stworzą szczęśliwy związek mimo przeciwności losu? 

Tę powieść czytało mi się miło i dość przyjemnie. Zakończenie okazało się najmocniejszym elementem i podobało mi się bardziej niż leniwy początek. To idealna propozycja jeśli marzy Wam się książka idealna na relaks, odprężająca dla duszy i umysłu. Jej bohaterowie to typowe postacie ze słodkiego romansów tła. On idealny, bez skazy, zapatrzony tylko w ukochaną, mądry, zdolny i czuły, odgadujący czego pragnie jego wybranka. I ona słaba, skrzywdzona przez los i złych ludzi, potrzebująca męskiego ramienia, młoda kobieta. 
Niestety agenci na służbie prezydenta światowego mocarstwa są już bardzo "wadliwi" i łatwo ich oszukać. Popełniają błędy, które są groźne w skutkach. A sam prezydent jako głowa państwa i tata też jest niczym ciepła klucha. I takie przedstawienie postaci z drugiego planu nieco mnie raziło i irytowało. Ale... przecież w tej książce chodzi głównie o siłę miłości, o moc uczucia, które góry przenosi. I to jest uchwycone na medal. 
Polecam przede wszystkim nastolatkom, dziewczynom, które przeżywają lub czekają na swoją pierwszą miłość. Pokoleniu ich mam już mniej rekomenduję, chyba że lubią słodziutkie jak miód romanse.

czwartek, 15 czerwca 2017

Dominik Szczepański, Adam Bielecki "Spod zmarzniętych powiek"


Wydawnictwo Agora
data wydania 2017
stron 384
ISBN 978-83-2682-402-9

Góry zdzierają z ludzi maski

Tysiące miłośników gór z całego świata marzą o wyprawach na najwyższe ośmiotysięczne szczyty położone w Himalajach i Karakorum. To marzenie spełnia się tylko nielicznym wybrańcom. Tam docierają tylko najsilniejsi fizycznie i psychicznie, którzy są w stanie pokonać strach, zimno, słabości własnego ciała i mają spory łut szczęścia w postaci dobrej pogody. To właśnie oni ze swoich wypraw kręcą filmy i piszą książki, dzięki którym do himalajskiego świata mogą zajrzeć zwykli zjadacze chleba. Ci wspinacze tworzą elitarne grono, w którym nie brakuje i polskich nazwisk.

W ostatnim czasie na kartach wysokogórskich kronik mocnym rysem zapisało się nazwisko Adama Bieleckiego. Młodego silnego duchem i ciałem człowieka z górniczych Tychów, który ma na swoim koncie wiele sukcesów. Jest m.in. pierwszym człowiekiem, który postawił zimą stopę na szczycie Broad Peak. Ta wyprawa przyniosła mu rozgłos, sprawiła, że jego nazwisko poznali nie tylko fani himalaizmu, ale i ogół społeczeństwa. Pod adresem Bieleckiego nie płynęły tylko i wyłącznie gratulacje, ale i ostra krytyka wobec faktu, że dwaj z czterech towarzyszy wspólnego ataku szczytowego nie wróciło do bazy. Medialny szum nie był słuszny, głos zabierali nie tylko znawcy tematu. W mediach wrzało. Przypuszczam, że ta niemiła sytuacja, ale nie tylko ona, skłoniły wspinacza ze Śląska do napisana wspólnie z Dominikiem Szczepańskim niezwykle interesującej książki. Tytuł jest zapisem górskiej drogi od skałek i lat młodzieńczych po Himalaje. Tę autobiografię, która zdecydowanie milczy o życiu osobistym czyta się na jednym wdechu. Dlaczego? Dlatego, że jest doskonale nakreślona, a jej bohater to naprawdę wyjątkowa osoba.

Z lektury wyłania się całkiem inna postać niż ta, którą można było poznać kilka lat temu z mediów. Adam Bielecki jest człowiekiem rozsądnym i serdecznym, głodnym sukcesu, ale i mającym w sobie wiele rozsądku oraz rozwagi. Ma apetyt na góry, na ich zdobywanie i przebywanie w świecie lodu oraz śniegu. Jest doskonale przygotowany technicznie i fizycznie, posiada spore umiejętności, ale nie jest osobą, która zawsze i za wszelką cenę musi stanąć na szczycie. Góry uczą go wielu rzeczy. Także pokory i doceniania zwyczajnego życia. Góry są jego odskocznią od codzienności, są jego ziemskim edenem od którego jest uzależniony. Adam to sympatyczny i zwyczajny wspinacz, który chętnie i w sposób ogromnie ciekawy opowiada o swojej pasji i świecie gór, który jest tak inny, piękny a zarazem mało przyjazny dla człowieka. Książka ułożona jest w sposób chronologiczny i pokazuje trudną drogę ku sukcesom i niezapomnianym przygodom. W treści pojawiają się znane nazwiska, jedyne w swoim rodzaju wspomnienia, ale i refleksje, jakie rodzą się na dużych wysokościach. Bez bufonady, bez nadęcia, bez sztuczności Bielecki przybliża realia jakie cechują najwyższe pasma górskie na ziemi. Swoją opowieścią rysuje tym samym intymny portret współczesnego wspinacza, który musi zmagać się z nieco innymi problemami niż polskie pokolenie jego poprzedników.

Książka obfituje w piękne zdjęcia i moc górskich przygód. Jej przeczytanie uzmysławia jak niebezpieczne są góry, jak kruche jest wobec sił natury ludzkie życie, jak wiele wymaga osiągnięcie celu. Autor idealnie rysuje zimowe realia w Karakorum, a jego opowieść mrozi krew w żyłach. Jeśli chcecie poznać wyjątkową postać polskiego himalaizmu, jeśli lubicie górski świat, jeśli nie straszne Wam wiatry i mrozy to idealna lektura dla Was. Polecam spojrzenie na rzeczywistość z wysokości, gdzie zamarza rtęć, gdzie lód skleja powieki, a krew w żyłach robi się gęsta jak miód. Z serca rekomenduję ten tytuł, który uważam za książkę doskonałą.

środa, 14 czerwca 2017

Niemiłe zdarzenie z blogowej kariery

Znów mnie natchnęło na osobisty post w którym opowiem Wam wydarzenie sprzed roku. Było niemiłe  i jakiś czas musiałam je przetrawić w sobie. Ale równocześnie było ono dla mnie szczepionką uodparniającą na negatywy bycia recenzentem. Spotkało mnie ono ze strony Autorki. I tyle zdradzę, nie podam nazwiska, nie podam Wydawcy, ale poproszę o ocenę tej sytuacji, która dla mnie wydaje się po prostu chora.

Pewien Wydawca z którym dość długo współpracowałam - Wydawnictwo samo się do mnie odezwało - zaproponował mi napisanie blurba na okładkę powieści. Ok, robiłam to nie raz, obie strony były zadowolone. Miałam dostać pdf przed premierą i szybko uwinąć się z lekturą. Ok, rozumiem musi to pójść do druku itd. Czekam i czekam - cisza. Wreszcie piszę na maila osoby współpracującej co się dzieje. I tu odpowiedź zwala mnie z nóg i obrzydza na moment blogowanie. Otóż Wydawca nie wysłał ebook, bo .... Autorce nie spodobał się mój nick, bo nie taki, bo pospolity itd. Ręce opadły niżej stóp. To nie liczy się blog, poziom tekstów, rzetelność pod względem terminów, serce włożone w blog tylko nick. Ale... by nie było mi przykro mogę książkę dostać do recenzji w papierze i nawet egzemplarz na konkurs. Tzn. mogę ją promować, do tego jestem dobra, ale mam do duszy nick. No to już przelało szalę - podziękowałam i zrobiło się good bye. 
Odczułam totalny brak szacunku, a przeprosiny ze strony Wydawcy i książki na otarcie łez mnie nie poruszyły ani nie skusiły. Nie ocenia się książki po okładce, ale ocenia się okładki. Nie ocenia się blogera po nicku, ale po jego blogu. To taki morał z tej bajki. 


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Liliana Fabisińska "Zielarnia nad Sekwaną"


Wydawnictwo Filia
data wydania 2017
stron 460
ISBN 978-83-8075-228-3
Seria Jak pies z kotem tom III

Małe tabu potrafią zniszczyć niejedno życie

„Zielarnia nad Sekwaną” to trzeci tom trylogii opowiadającej o szalonych siostrach Drop i sympatycznej Natalii, która mimo dojrzałego wieku wciąż ma apetyt na życie i jest młoda duchem. Jej akcja toczy się pomiędzy stolicą nad Sekwaną, Helem a Warszawą, a czytelnicy mają okazję podróżować między dziś a wczoraj, które powraca i ma wpływ na teraźniejszość.

Wszystkim bohaterkom kroją się podróże. Natalia dostaje niespodziewane zaproszenie jako osoba towarzysząca na galę wręczenia Nagrody Nobla od swojej wielkiej miłości z przeszłości. Stefan uhonorowany tym prestiżowym laurem uważa, że kobieta jego młodości ma swój wielki wkład w to osiągnięcie i przyjeżdża na Hel z propozycją wyjazdu.
Siostry Drop zaś udają się do Paryża. Mają tu nabyć kolejną firmę i włączyć ją do swego świetnie rozwijającego się biznesu. Pomysł wyjazdu i wspomnianej transakcji jest zaskoczeniem dla najstarszej z pań Drop – Niny. Podróż dochodzi do skutku, ale ma niekontrolowany przebieg. W życie Niny znów wkracza dawny narzeczony - niedoszły mąż, który skutecznie chce utrudnić jej przyszłość. I udaje mu się to w stu dziesięciu procentach, bo nasza bohaterka trafia do francuskiego więzienia jako podejrzana o morderstwo...

By nie zepsuć smaku lektury nic więcej nie zdradzę, ale dodam, że na kartach tej jakże wspaniałej książki bardzo wiele się dzieje. Niespodzianka nakłada się na niespodziankę, a akcja rwie do przodu i wciąż zaskakuje. Nie brakuje olbrzymiej dawki humorystycznych sytuacji, błyskotliwe dialogi wywołują uśmiech na twarzy, ale nie brak i momentów wzruszenia. Ta powieść to drink złożony z obyczaju, kryminału i dużej dozy humoru, który czyta się z prawdziwą przyjemnością i sporym zainteresowaniem. Biorąc do ręki ten tytuł spodziewałam się dobrej książki, a okazało się, że to genialna propozycja, która mi ogromnie przypadła do gustu. Nic i nikt nie był w stanie oderwać mnie od czytania. Podczas lektury zdarzało mi się głośno komentować książkowe wydarzenia, a z sympatycznymi bohaterkami przykro było się rozstać. Z każdą przeczytaną stroną moja ocena powieści rosła, by osiągnąć poziom najwyższy. Jej mocnym atutem jest zakończenie, które aż lśni od wielu tajemnic z przeszłości.

To idealna powieść dla tych, którzy lubią rodzinne sekrety i kochają książki z misternie skomplikowaną fabułą, w której wszystkie liczne wątki są perfekcyjnie powiązane. Od samego początku czuć, że autorka w pisanie włożyła serce, duszę i talent, który jest naprawdę imponujący. Książka choć dość gruba nie ma żadnych nieścisłości czy słabszych punktów oraz niedociągnięć. I to sprawia, że jest lekturą wyborną, że zaspokoi nawet tych najbardziej wymagających czytelników. Jeśli po nią sięgniecie nie grozi Wam nuda. Bądźcie przygotowani, że wir czytelniczych emocji Was porwie i otumani, a to, co realne wyłączy się jak telefon z wyczerpaną baterią. Liliana Fabisińska tym tomem, ale także całą serią udowadnia, że rodzimi pisarze mają wiele do powiedzenia na literackim rynku. Po lekturze wpisuję nazwisko autorki na listę moich ulubionych twórczyń, a Wam gorąco polecam przyjemną propozycję na lato. Z pewnością Was nie rozczaruje.

niedziela, 11 czerwca 2017

Blogosfera robi się bagnem?

Dziś znalazłam na FB link do niezwykle ciekawego artykułu z którym się całkowicie zgadzam - oto link do niego http://www.partyzantka.com.pl/blogosfera-ksiazkowa/

Pozwolę sobie do niego się dokładniej ustosunkować, bo mam odwagę po kilku latach blogowania napisać co myślę.
 MÓJ BLOG TO NIE AGENCJA REKLAMOWA

Mój blog nie jest mega, mega na topie, a ja czytam to, co lubię, a nie to co jest modne, trendy itd.
Po drugie nikt nie może mi niczego narzucić, bo... nie robię tego dla darmowych książek, by je dostawać! Jestem szalona? NIE!!!! Bo moja biblioteczka już jest tak opasła, że starczy mi na długie życie. I nie muszę i nie chcę się sprzedawać za kolejne zlecenia recenzenckie. Ba, mój blog Drogi Wydawco to nie tablica reklamowa i swoje reklamy wymuszaj gdzie indziej. Jest tyle blogów, które padną na kolana za książkę, że zrobią wszystko.

 BLOG TO PRZEDE WSZYSTKIM RECENZJE

Nie buduję swojej popularności na KONKURSACH. Owszem rzadko, czasem zrobię takowy, ale nie dwa, trzy w tygodniu by mieć odsłony. Wolę mieć mniej czytelników, którzy przyjdą tu po recenzję a nie po darmową książkę.

 ZAUFALI MI - MEGA IDIOTYZM

Nigdy nie pisałam idiotycznego tekstu, zakładki ZAUFALI MI. Zaufać to może mi mój Pies a nie Wydawca. Bo to współpraca a nie związek uczuciowy. Żal mi blogerów którzy piszą byle wleźć w .... Wydawcy takie durne teksty.


PIENIĄDZE NIE KUPIĄ MNIE

Za żadne skarby nie napiszę pod przymusem pozytywnej recenzji. Jeśli Wydawca, Autor, Portal nie pozwala mi na własne to mówię BYE BYE. Zbyt szanuję siebie i Czytelników mojego bloga by go szmatławić kłamstwem!!!

NIC NIKOMU NIE NARZUCAM

Nie łaszę się o współpracę, nie zasypuję nikogo mailami z żebraniem o kolejne tytuły. ALE i nie narzucam jak ma wyglądać Wasz blog. To Wasza strona i róbcie tam co chcecie. Nie jestem apodyktyczna. 

Z ŻALEM PATRZĘ

Z żalem patrzę, co się dzieje w blogo i vlogosferze. Na tę popularność za gadżety, chichotki i wygłupy na dodatek źle odegrane czy napisane. Być sobą to dziś jak i wczoraj trudne, ale bezcenne. Ale to moja opinia. UWAGA - nie jestem tu zazdrosna o popularność, bo mi na niej po prostu nie zależy. Zbyt cenię prywatność. 

Powyższe stwierdzenia to moje zdanie. Jestem gotowa na dyskusję, hejt i wszystko co normalne w internetach. A od brudu świata odgradza mnie bariera zbudowana od lat z grubego i niezniszczalnego muru. Wizę do mojego świata dostać to prawie niemożliwe. Ale są wyjątki. 
Miłej niedzieli.