czwartek, 14 września 2017

Anna Brzezińska "Córki Wawelu"






Wydawnictwo Literackie
data wydania premiera 14 wrzesień 2017
stron 696 
ISBN 978-83-0806-393-4

Opowieść o królewnach i karlicy

Schyłek panowania dynastii Jagiellonów w Polsce to moja ulubiona epoka historyczna. W tym okresie Rzeczpospolita była mocarstwem i liczyła się na mapie politycznej Europy. Niestety syn Zygmunta Starego - August mimo iż był trzykrotnie żonaty zmarł bezpotomnie. Syn królowej Bony miał cztery siostry rodzone i jedną przyrodnią. To właśnie jagiellońskim królewnom jest poświęcona obszerna publikacja Anny Brzezińskiej, która ma w swoim dorobku powieści z gatunku fantasy wydawane pod pseudonimem Sigrid.

"Córki Wawelu" to książka historyczna, którą już na samym początku jej rekomendacji ocenię krótko aczkolwiek treściwie. Po prostu WSPANIAŁA.
Jej treść odkrywałam dwutorowo. Z jednej strony pasjonowałam się losami karlicy Dosi, która trafiła na wawelski dwór, z drugiej poznawałam epokę w której rozgrywa się akcja powieści, a dzięki temu, że autorka przestawiła ją w sposób precyzyjny, ciekawy i bardzo szczegółowy dowiedziałam się bardzo wiele i ogromnie poszerzyłam swoją wiedzę. 

Regina pochodzi z podkrakowskiej wsi. Jest biedna i marzy o lepszym życiu. Jak wiele dziewczyn w jej wieku i sytuacji postanawia poszukać szczęścia w Krakowie. W podwawelskim grodzie podejmuje pracę służącej u słodownika mistrza Bartłomieja. Jej pracodawca wymaga od niej nie tylko usług dotyczących prac domowych. Wykorzystuje naiwną dziewczynę seksualnie wbrew jej woli. Regina jest bezsilna i nie ma nic do gadania. Nie ma komu się poskarżyć i wyjawić swojej krzywdy. Nikt nie uwierzy ubogiej służącej, każdy potępi ją i uzna winę biedniejszej. Z tego związku rodzi się potajemnie dziecko, które jest upośledzone. Mały potworek płci kobiecej po krętej drodze dzieciństwa i młodości trafia w końcu na królewski dwór. Karły są w XVI wieku w modzie i cenie. I tak zaczyna się niezwykła dworska przygoda dziewczynki w ciele karła...

"Córki Wawelu" to znakomita lektura, którą czyta się długo i bardzo przyjemnie. Nie można przeczytać jej w jeden wieczór, ale każda chwila spędzona przy jej poznaniu to czytelniczy raj. Książka jest w aptekarskich szczegółach dopracowana, a Autorka - znakomita znawczyni epoki pozwala poznać ją dogłębnie i w różnych aspektach. Na jej kartach ukazane jest życie przeróżnych warstw społecznych. Biednych i bogatych. Kobiet przede wszystkim, ale i mężczyzn, którzy w tamtych wiekach zdominowali świat płci pięknej. W tej rzeczywistości kobiety mają być ciche i pokorne, posłuszne i podporządkowane. Tylko nieliczne z nich jak choćby królowa Bona próbują walczyć o swoje. My czytelnicy poznajemy ten nieprzyjazny niewiastom świat oczami karlicy Dosi, która była postacią historyczną. Dosia choć upośledzona na ciele dociera najwyżej jak można. Mieszka na królewskim dworze. Bierze udział w dworskim życiu obok królowej i jej córek. Królewien, który choć urodziły się najwyżej jak można wcale nie miały beztroskiego życia.

W lekturze znajdziemy to, czego nie zawierają podręczniki szkolne czy akademickie. Znajdziemy ówczesne życie, zajrzymy na biedne zaułki, zakątki, gdzie żyją najbardziej ubodzy i damy lekkich obyczajów. Zobaczymy jak funkcjonowało ówczesne społeczeństwo, jakie były zwyczaje, tradycje, przesądy i jak wyglądał dzień służącej a jak królewny. Autorka obdarza mnóstwem przepięknych, długich, ale nienużących opisów, które barwnie dokumentują Kraków tamtych lat, które ukazują prawdziwe obrazy. Czytając je ma się wrażenie rzeczywistej obecności w tamtych, tak odległych czasach. Ta książka to kopalnia wiedzy przekazanej w sposób ciekawy, plastyczny i przemawiający do czytelnika.

Ta lektura jest inna od wszystkich książek dotyczących tego tematu, które czytałam, a dodam, że było ich sporo. To książka, która mówi do wyobraźni, która dostarcza emocji, która pozwala przenieść się w czasie i zasmakować życia w innych realiach. Gorąco jej przeczytanie polecam. Mistrzowskie dzieło, którego nigdy nie zapomnę, bo rzadko kiedy aż tak bardzo zatracam się w słowie pisanym.



niedziela, 3 września 2017

Mary E. Pearson "Fałszywy pocałunek"


Wydawnictwo Initium
data wydania 2017
stron 432
ISBN 978-83-6257-7545

Romantyczna baśń dla młodzieży i dorosłych

Wielu czytelników, którzy jako dzieci lubiło baśnie, w życiu dorosłym zaczytuje się w fantasy. Dzięki książkom należącym do takiego gatunku znów można zajrzeć do wykreowanych w umysłach pisarzy królestw, poznać przygody rycerzy, utożsamić się z księżniczką czy zatracić się w świecie magii, który kusi niczym piękna rusałka. Dla miłośników tego typu literatury Wydawnictwo Initium przygotowało nie lada gratkę. Jest nią cykl Kroniki Ocalałych, a jego pierwszy tom nosi tytuł „Fałszywy pocałunek”. Książka posiada prześliczną okładkę, która rzuca się w oczy i kusi „sięgnij po mnie”. Czy warto to zrobić? Po lekturze zdecydowanie powiem tak, bo ta historia okazuje się miłą i urzekającą powieścią, która ma wiele walorów.

Lia pierwsza córka domu Morrighanów jest księżniczką, a za koroną idą obowiązki. Od młodej panny rodzice i tradycja wymagają mariażu z wyrachowania. Lia wychowana w świecie obowiązku, konwenansów i szacunku dla przeszłości ma poślubić mężczyznę, który zapewni jej królestwu sojusz polityczny, stabilizację i spokój. Problem w tym, że panna młoda ma zobaczyć przyszłego męża dopiero na ślubnej uroczystości. Nie ma pojęcia jak on wygląda, jaki ma charakter, jaką osobowość. Dziewczyna nie chce poświęcić siebie na ołtarzu polityki i w dniu ślubu decyduje się na ucieczkę wraz ze swoją służącą. Na moment przed ceremonią ucieka konno w nieznane. To dowód buntu przed małżeństwem bez miłości, na życie u boku człowieka, którego nie wybrało jej serce. Lia wie, że będzie ścigana, wie, że sporo ryzykuje, ale mimo to wsiada na konia i udaje się do obcego świata, by tam zacząć nowe życie i odnaleźć swoją miłość. Szczęśliwie dociera do odległej wsi i zaczyna pracę w tawernie. Nie ma pojęcia, że ktoś udaje się pod przebraniem jej śladem i że to ktoś, kogo ślepo odtrąciła...

Pierwszy tom Kronik Ocalałych ma to do siebie, że od pierwszej strony wciąga i przyciąga mocno uwagę czytelnika. Ma to miejsce za sprawą magii i świetnego wykreowania uroczego królestwa w którym przyszła na świat księżniczka, która powiedziała stanowcze „nie” życiu bez miłości. Zbuntowana Lia jest bohaterką, która ma wyrazistą, pełną odwagi osobowość i szuka prawdziwego uczucia. Od pierwszych stron łatwo odgadnąć zatem, że będzie to książka o miłości, jej szukaniu i odkrywaniu. Dodatkowo fabuła została okraszona przygodą, magią i klimatem baśni, który zabiera daleko od realnej rzeczywistości. Powieść ma kilku narratorów jednak pierwsze skrzypce odgrywa wśród nich właśnie Lia. Panna, która choć nosi koronę, stąpa twardo po ziemi, jest sprytna, wie czego chce i realizuje swoje cele z determinacją. Obce jej delikatne pozy mimozy i zachcianki. Lia ma w sobie tę iskierkę, za którą czytelnicy bezapelacyjnie ją pokochają od samego początku. Równie ciekawie udało się Autorce odmalować dwie męskie postacie, a każda z nich intryguje i zaciekawia. Plusem książki są również ciekawe opisy świata, w którym rozgrywa się akcja. Wszystko odmalowane jest z aptekarską dokładnością i pełne szczegółów, a przy tym nie brak eleganckiego stylu i zgrabnego operowania piórem. Atutem książki są również wątki fantastyczne.

„Fałszywy pocałunek” czyta się z przyjemnością i lekkością. Tytuł nie jest trudny w odbiorze, a wykorzystane popularne schematy wcale nie nużą, a tylko dodają uroku. To dobry początek cyklu.
Kto lubi przygodę, romans, magię musi poznać opowieść o perypetiach niesfornej księżniczki, która zamiast powinności wobec poddanych wybrała zwyczajne życie.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski "Ja, pustelnik. Autobiografia"






Wydawnictwo Literackie 
data premiery 14 wrzesień 2017
stron 494
ISBN 978-83-0806-319-4

O himalaiście, który został polarnikiem

Książka przybliżająca sylwetkę jednego z najbardziej znanych i cenionych polskich himalaistów to lektura łącząca dwa gatunki - literaturę wysokogórską i biografię. Czytałam ją zachłannie, na jednym wdechu. To tytuł, który zasługuje na najwyższe uznanie, a czyta się go niczym wyborną powieść przygodową. Publikacja powstała w wyniku wielu godzin rozmów i przedstawia bardzo wyczerpująco drogę po koronę złożoną z "himalajskich brylantów". Ale nie tylko to składa się na jej treść. To także ukazanie zmian zachodzących w alpinistycznym środowisku na przełomie wielu lat i uświadomienie czytelnikom jak bardzo bakcyl wspinania po himalajskich szczytach wpływa na człowieka ogarniętego tą pasją i jego otoczenie.

Gdy Pan Piotr przyszedł na świat pewnie nikt nie wróżył mu himalajskiej kariery. Jako dziecko miał poważne problemy kardiologiczne, które mogły wykluczyć tak wyczerpującą pasję.  Na szczęście serce okazało się wytrzymałe na rozpoczęcie wspinaczkowej kariery i pozwoliło poskromić wiele wierzchołków. Oczywiście zaczęło się od Tatr. Droga na ośmiotysięczniki była kręta i nietuzinkowa, inna niż kolegów po fachu, którzy osiągnęli wielkie sukcesy. A mimo to udało się zdobyć wszystkie 14 najwyższych szczytów na Ziemi. Niektóre z nich okazywały się łaskawe za pierwszym wejściem, inne wymagały kilku prób by dały się złoić. Piotr Pustelnik wspinał się w różnym stylu, z wieloma partnerami wśród których nie brak himalajskich sław (Wanda Rutkiewicz, Artur Hajzer, Piotr Morawski). Na wyprawach zdarzyło się wiele przygód, niespodzianek, ale i nie zabrakło momentów groźnych, tragicznych naznaczonych śmiercią towarzyszy liny. Psikusy płatała pogoda, ale i  psychika. Nie zabrakło otarcia się o śmierć, chwil zwątpienia, żałoby, ale i radości z osiągniętego celu. Czytając relacje z wszystkich wypraw na himalajskie olbrzymy można szukać odpowiedzi czym góry przyciągają człowieka, że brnie po linie narażać życie i zdrowie, co w nich jest tak wyjątkowego, że skutecznie niczym najatrakcyjniejsza kochanka odciągają od rodziny i dzieci.
Mimo że w publikacji życie prywatne alpinisty jest zepchnięte na margines łatwo odkryłam, że bycie żoną mężczyzny z taką pasją to trudne wyzwanie, a taki związek wymaga wiele, bardzo wiele cierpliwości i kompromisów. Góry bowiem za swe poskramianie żądają poświęcenia nie tylko alpinisty, ale i jego rodziny.

W relacjach widać ogromną chęć przybliżenia górskiego świata zwyczajnym ludziom, którzy nie znają reguł gry na sporych wysokościach, którzy nigdy nie byli na wyczerpującej górskiej wycieczce i nie poczuli trudu wejścia na szczyt. Temu służy wyjaśnienie na początku książki terminologii górskiej i slangu niezwykle hermetycznego środowiska. Nie brak także głosu dzieci głównego bohatera i opowieści o tym, co dalej po górach, co zajmuje czas na górskiej emeryturze.
"Ja pustelnik. Autobiografia"  to wybitna pozycja, która zyskuje w mojej opinii status bestsellera i jednej z najlepszych książek jakie dane mi było czytać w ostatnim pięcioleciu. Gorąco polecam.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Paweł Rochala "Ballada o czarownicy"





Wydawnictwo Czarno na Białym 
data wydania 2017
stron 628
ISBN 978-83-6437-426-5

Gdy życie przeplata się z baśnią


„Ballada o czarownicy” to lektura, która potwierdza, że napisanie doskonałej powieści historycznej wymaga nie tylko wiedzy o przeszłości, ale również bujnej wyobraźni, która kreuje wydarzenia z pogranicza baśni i prawdziwej rzeczywistości. Gdy oba elementy zostają perfekcyjnie splecione efekt jest olśniewający, a książka staje się lekturą idealną, którą pochłania się z niekłamaną przyjemnością.

Autor przenosi nas w czasie w odległą przeszłość do roku 1241. Nastają wtedy dla Polski niespokojne czasy. Kraj osłabiony rozbiciem dzielnicowym musi zmagać się z najazdem wrogów ze wschodu – tatarskich hord, które grabią i niszczą, palą i gwałcą. Wizje przyszłości są przerażające, a niektóre z nich przewidują nawet koniec świata. W brutalnej rzeczywistości toczy się mimo wszystko zwyczajne życie – zakwita miłość, pojawia się zazdrość, a ludzkie namiętności biorą górę. W takim właśnie świecie osadza swoich bohaterów Paweł Rochala, a korowód wykreowanych przez niego postaci jest niezwykle barwny i różnorodny. Osadzeni w fabule bohaterowie wywodzą się z różnych stanów, a każdy z nich jest wyrazisty, charakterystyczny i nietuzinkowy. Krakowska wojewodzianka Gertrudka rzuca miłosny urok na giermka Wojdę. Odczynienia tego uroku podejmuje się zielarka, która ma na imię Anucha. I tu los płata dziewczynie figla, bo sama zakochuje się w Wojdzie. Parę dzielą ogromne różnice stanowe, a trwająca zawierucha wojenna też nie sprzyja budowaniu szczęścia. Kto wygra – miłość czy złe okoliczności i życiowe przeszkody? Czyja siła okaże się mocniejsza?

„Balladę o czarownicy” trudno pochłonąć w jeden wieczór, bo to gruby tom. Wydawca wydał go w przyjemnym formacie, ale czcionka jest zbyt drobna i szybko męczy wzrok. Odkładanie książki wyłącznie z tego powodu mocno irytuje, bo tytuł czyta się świetnie, a jego treść ogromnie wciąga. Co zatem stanowi o atrakcyjności książki? Otóż powieść ma bardzo wiele walorów.

Autor zaprasza nas do świat niezwykle tajemniczego, do rzeczywistości z pogranicza realności i fantazji. Dla współczesnego czytelnika jest ona bardzo pociągająca, egzotyczna i ma wiele sekretów. Dziś w dobie cyfryzacji wydaje się ona być prawie nierzeczywista, ale tak właśnie przed wiekami było. Wojna o ludzkie dusze to ciekawy pomysł o jaki została uatrakcyjniona fabuła. Opisy to już istne arcydzieło. Do namalowania słowami ówczesnej rzeczywistości Paweł Rochala przyłożył się doskonale. Czytane opisy wydają się żywe, rzeczywiste, barwne i wręcz tętniące najdrobniejszymi szczegółami. Ich czytanie jest ogromną przyjemnością a wyobraźnia tych, którzy sięgnęli po ten tytuł jest mocno pobudzona. Sceny miłosne, opisy przyrody i treści batalistyczne związane z najazdami tatarskimi przeplatają się z ucztami, debatami przy stole i rozterkami duszy bohaterek. A wszystko jest tak namacalne, tak wiarygodnie odrysowane, że nie sposób nie poczuć klimatu tamtych czasów.

Ta powieść to nie tylko świetna czytelnicza przygoda z wieloma ciekawymi scenami, ale też niezwykle wymowna lekcja historii. Ten tytuł przybliża w sposób bardzo plastyczny ówczesne realia, tradycje, poglądy jakie mieli wtedy ludzie wywodzący się z różnych stanów. Książka pokazuje rolę religii i wiary, zwyczajną codzienność i świat, który diametralnie różni się w każdym aspekcie od dzisiejszej rzeczywistości. Warto spędzić z tą lekturą kilka wieczorów. Będą one pełne emocji i przeróżnych wrażeń. Z tytułu płynie pewien niepodważalny morał- świat się zmienia, styl życia się zmienia, ale natura ludzka mimo upływu wieków nadal popełnia te same błędy, hołduje tym samym wadom i kieruje się zbyt impulsywnie emocjami.

Powieść jak najbardziej chwalę i polecam tym, którzy lubią zagłębiać się w zamierzchłych czasach i przeszłości.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Julie Israel "Indeks szczęścia Juniper Lemon"



Wydawnictwo IUVI
data wydania 2017
stron 372
ISBN 978-83-7966-036-0

Szczęście jest kruche i lubi wymykać się nam z rąk

Szczęście nie jest dane nam na stałe. Szczęście to są tylko chwile. Często będąc szczęśliwi nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dopiero kiedy szczęście przed nami umknie, czujemy jego brak. Dopiero wtedy jak dotknie nas jakaś strata doceniamy to, co mieliśmy, co było nam dane, a co los nie pytając o zdanie zabrał bezpowrotnie.

Świat nastoletniej Juniper wali się pewnego letniego lipcowego dnia, gdy ginie w wypadku samochodowym jej starsza siostra. Cała rodzina pogrąża się w bólu i żałobie. Mija sześćdziesiąt pięć smutnych dni wypełnionych tęsknotą, łzami i próbą godzenia się z ogromną stratą. I nagle w torebce nieżyjącej siostry Juniper odkrywa list. List, o którym nie miała pojęcia, a z którego wynika, że Camilla przed śmiercią była z kimś związana i chciała ten związek zerwać. Rozpoczyna się siostrzane śledztwo, które ma na celu odkryć kim jest tajemniczy „Ty”. Rozpoczyna się nowy etap godzenia się z odejściem, a grzebanie w cudzej przeszłości odkrywa przed chcącą rozwikłać sekret nastolatką nowe możliwości, nowe drogi i nowe relacje. Stare układy przechodzą metamorfozy, a Juniper staje się inną osobą...

Z opisu wydawcy płynie informacja, że to świetna książka. To zbyt mało, bowiem ta lektura jest genialna. Powieść ma w sobie ukryte drugie dno i ważne przesłanie. Nie powinno się pomagać na siłę, nie można wejść zbyt dogłębnie w cudzą prywatność i ingerować wbrew woli kogoś, kto ma kłopoty. Grzebanie w przeszłości też jest niebezpieczną grą, bo informacje, które ujrzą światło dzienne mogą nas ogromnie zaskoczyć i zaszokować.
Ta powieść to nie tylko książka dla młodzieży. Może ją przeczytać każdy, kto lubi historie chwytające za serce, a opowiadające o prawdziwym życiu, w którym trzeba niejednokrotnie zmierzyć się z trudnymi sytuacjami, które mogą nas przerastać. Książka uczy, że życie jest często za krótkie i nieprzewidywalne. Dlatego trzeba je rwać pełnymi garściami, ale też trzeba uważać na swoje słowa i czyny.
Postać głównej bohaterki jest niezwykle ciekawa. Nastoletnia dziewczyna pokazuje jak radzić sobie ze stratą, jak koić ból, ale i jak zachować pamięć o bliskiej osobie, do której miłość nie wygasa nawet po śmierci. Juniper błądzi, poddaje się emocjom, szuka wsparcia. Czuje się zagubiona, a rodzice skupieni na swoim cierpieniu zapominają, że mają jeszcze drugie dziecko. Juniper przechodzi przemianę, uczy się życia, wyciąga wnioski ze swoich błędów. Jest postacią, która budzi wyjątkową sympatię i ciepłe uczucia.

Powieść Julie Israel to mądra i interesująca historia, to lektura dojrzała i wartościowa. Czyta się ją z ciekawością, a lekturze towarzyszą nie tylko emocje, ale i refleksje nad kruchością życia i szczęścia. Ma się wrażenie, że główna bohaterka i jej rodzina to ktoś nam bliski i znany od dawna. Najbardziej zaskakującym momentem książki jest jej zakończenie, które osobiście mocno mną wstrząsnęło, ale i uświadomiło, że w życiu najważniejsze jest to, co będzie, najistotniejsze jest jutro a nie wczoraj. Z serca polecam lekturę tej powieści tym, którzy mają wrażliwe serca i tym, którzy są w podobnej sytuacji jak Juniper Lemon, którzy po stracie muszą żyć dalej i ułożyć sobie życie i świat od nowa. Przeczytanie tego tytułu z pewnością doda otuchy i stanie się dobrym drogowskazem.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Anna McPartlin "To, co nas dzieli"



Wydawnictwo Harper Collins
data wydania 2017
stron 416
ISBN 978-83-276-2838-1

Niespodziewane spotkanie po latach

Przyjaźnie nawiązane w dzieciństwie są wyjątkowe. Zwykle jednak po wejściu w dorosłość kończą się. Nawet najbardziej zażyłe relacje ulegają rozwidleniu życiowych dróg. Oczywiście zdarza się, że później w życiu przyjaciół z dzieciństwa. Ale te spotkania zwykle rozczarowują, pokazują jak bardzo się zmieniliśmy, jak oszlifowało nas dorosłe życie, życiowe doświadczenia i ciosy od losu. 
 
Eve i Lilly w początkowych latach  były niczym papużki nierozłączki. Spędzały ze sobą wiele czasu, odwiedzały się, wiedziały o sobie wszystko i dzieliły ze sobą nawet najbardziej intymne sekrety. Gdy miały osiemnaście lat, gdy stały na progu dorosłego życia ich ścieżki za sprawą pewnych wydarzeń rozłączyły się. Minęło dwadzieścia lat a dorosłe kobiety spotkały się w dość smutnych i nieoczekiwanych okolicznościach. Eve powróciła w rodzinne strony mając na swoim koncie zawodowym karierę projektantki biżuterii. Lily udała się na kolejny dyżur pielęgniarski do szpitala. W tę noc jedną z jej podopiecznych okazała się jej dawna przyjaciółka przywieziona jako ofiara wypadku samochodowego. Czy to przypadkowe, kompletnie niezaplanowane spotkanie okaże się idealną okazją do odbudowy prawie siostrzanych relacji? Eve wkracza w ten czas z sekretem, który powierza dawnej przyjaciółce. Czy to zdarzenie odnowi bliskie relacje? Czy można po latach wejść do tej samej wody?

To trzecia książka Anny McPartlin którą miałam okazję przeczytać. Nie jest tak genialna jak "Ostatnie dni królika", ale to całkiem dobra książka, która wzrusza i pokazuje jakim prawom podlegamy idąc przez życie. 
Czytając tę powieść w kolejności niechronologicznej poznajemy losy dwóch dziewczyn, kobiet i przyjaciółek, które idą przez dorosłe życie odmienną ścieżką. Ich wcześniejsze relacje poznajemy ze wspomnień i listów. Każda z bohaterek jest inna, a zarazem każda nieidealna. Jedna ulega w dorosłym życiu pragnieniu powrotu do przeszłości, wejścia w ten sam związek, który kiedyś sama podeptała. Druga idzie przez życie z młodzieńczą miłością jednak jej sakramentalny związek jest daleki od ideału. To Lily poświęca więcej, to ona jest fundamentem i podporą, to ona daje z siebie wszystko, pracuje na rzecz domu i rodziny nie będąc docenioną. 
Fabuła wskazuje na jedno - zmieniamy się czy tego chcemy czy nie. Patrząc wstecz dostrzegamy swoje błędy i porażki. To naturalne, że chcemy je zmienić, naprawić, ale czy zawsze się da? Czy to możliwe albo czy my potrafimy? 
Ta powieść jest książką wymagającą i trudną, bo musimy szczerze stanąć w prawdzie, ocenić i podsumować. To lektura dojrzała, która pokazuje istotę dorosłego życia i słabość młodzieńczych fantazji oraz planów. 
Życie weryfikuje nasze marzenia, życie nie zawsze daje drugą szansę. Apeluję, byście dali szansę tej książce, która może nie jest tytułem mistrzowskim, ale z pewnością zmusi Was do zastanowienia się nad tym, co ważne i istotne.

czwartek, 10 sierpnia 2017

John Porter "Przeżyć dzień jak tygrys"





Wydawnictwo Annapurna
data wydania 2017
stron 352
ISBN 978-83-6196-828-3

O zdobywaniu gór


Książka Johna Portera opowiada o niezwykłym człowieku i wspinaczu, dla którego liczyło się samo wspinanie a niekoniecznie liczby i statystyki. Alex MacIntyre nie dbał bowiem o to, by zdobyć Koronę Himalajów czy Koronę Ziemi, ale by przechodzić ściany trudne technicznie i dziewicze. Czerpał niesamowitą satysfakcję z samej wspinaczki, wytyczania nowych dróg i pobytu w górach. Jego łojenie gór cechowała radość, spontaniczność i frajda z używania lin oraz sprzętu wspinaczkowego. Książka oddaje jak bardzo niezwykła i nietuzinkowa jest jego postać i pokazuje jak mocno ukochana pasja może zmienić życie i nadać mu wyjątkowy smak.

Postać nieżyjącego już brytyjskiego wspinacza przedstawia jego wspinaczkowy partner i nie jest to bez znaczenia. Autor przeżył bowiem z bohaterem książki niejedną przygodę w górach i trudną chwilę na wysokości, przeszedł niejeden wyciąg. To sprawia, że ta opowieść jest wyrazista, autentyczna i bezpośrednia. Z tytułu wyłania się młody człowiek, który ma apetyt na życie, choć miewa rzadko gorsze chwile. Mężczyzna pełen werwy, chcący żyć intensywnie, chcący rwać życie pełnymi garściami. Podchodzi do świata na luzie, z dystansem i uśmiechem. To taki typ niepokorny, który miał odwagę żyć i przeżywać każdy dzień tak jak chciał. Przeczuwał jakie niebezpieczeństwo w górach jest dla niego szczególnie niebezpieczne i jakby wyczuł, co zbyt szybko, bo w wieku 28 lat zabrało go z tego świata.

Alex MacIntyre lubił wspinać się szybko i na lekko – bez zbędnego obciążenia sprzętem. Był jednym z prekursorów stylu alpejskiego, który zmienił oblicze wspinaczki i dał nowe możliwości w osiąganiu górskich celów i łojeniu szczytów. Tę postać na trwale zapisaną w górskie kroniki można określić mianem proroka, bowiem młody człowiek potrafił przewidzieć w którą stronę pokręci się wspinaczkowa karuzela i jaka będzie przyszłość górskich wypraw. Alex miał na punkcie tego stylu obsesję i okazał się znakomitym wróżem.

Dzięki lekturze tej wspaniałej publikacji poznałam ciekawą postać, ale nie tylko. Spojrzałam także na pokolenie polskich wspinaczy – rówieśników Alexa oczami obcokrajowców. W lekturze bowiem mnóstwo jest polskich śladów bowiem wieloletnim partnerem MacIntyre'a i jego rodaków byli polscy himalaiści: przede wszystkim Wojciech Kurtyka i inni. Opisy polskiej komunistycznej rzeczywistości oczami ludzi z Zachodu dodają książce lekkości i humoru.

Lektura zrobiła na mnie ogromne i jak najbardziej pozytywne wrażenie. Chłonęłam ją i odkładałam, by w sieci poszukać jeszcze dodatkowych materiałów związanych z jej treścią. Ciekawie było cofnąć się w czasie do korzeni stylu, który dziś jest oprócz komercji w górach dominujący. Moja wiedza w zakresie tematyki jaką obejmuje książka została bardzo poszerzona. Wyjątkowy smak miały opowiedziane przygody przeżyte w różnych zakątkach górskiego świata. Szkoda, że śmierć i góry upomniały się o brytyjskiego wspinacza tak szybko. Z pewnością byłoby o nim bardzo głośno. Tytuł polecam tym, którzy lubią dobre biografie, lektury o górach i tych, którzy lubią je zdobywać. Wspaniała publikacja uzupełniona jest wyjątkowymi zdjęciami, a Wydawca wydał ją wyjątkowo staranie co jeszcze dodaje uroku szalenie ciekawej treści.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Natasza Goerke "Tam"


Wydawnictwo Czarne 
data wydania 2017
stron 152
ISBN 978-83-8049-478-7

Tam, czyli gdzie?

„Tam” Nataszy Goerke to książka z gatunku reportażu nosząca bardzo zagadkowy tytuł. Tam, czyli gdzie?

Tam, to setki kilometrów od Polski w kraju, który wielu zalicza do Czwartego Świata ze względu na sytuację ekonomiczno-gospodarczą. Tam, to państwo, które słynie z najpiękniejszych tras trekkingowych na świecie. Tam, to znaczy w Nepalu, który autorka pokochała tak mocno, że stał się jej drugim domem, drugą ojczyzną.

Po raz pierwszy Natasza Goerke odwiedziła ten zakątek świata ponad trzydzieści lat temu. Wtedy jeszcze podróże do Nepalu nie były tak popularne, a zwyczajni turyści nie próbowali poskromić ośmiotysięcznych szczytów. Najwyższe góry były dostępne tylko dla zawodowych wspinaczy, a w Katmandu było kilka hoteli, jedna piekarnia i niewiele więcej restauracji. Świat się zmienił, Nepal też, a jego stolica rozrosła się. Zamieszkuje ją więcej przybyszów z prowincji i odwiedzają tłumy turystów z całego świata. Dotarły tam nowinki techniczne, pojawiła się grupa rodowitych bogaczy a krajobraz miasta zmieniło i zmodyfikowało niejedno trzęsienie ziemi. Autorka z wielką pasją i miłością ku temu krajowi oddaje na kartach swej książki niejedno oblicze Nepalu. I to dawne, i to w trakcie ewolucji i to z XXI wieku. I to właśnie stanowi treść książki, która napisana jest z czułością, sympatią i wielką miłością.

„Tam” to książka, która opowiada o innym obliczu Nepalu niż ten, który jest ukazany w literaturze wysokogórskiej. W tytule pokazana jest nepalska prowincja, gdzie czas jakby stanął w miejscu i wielkomiejska stolica, która szybko zaczęła gonić świat. Pojawiły się w niej jak grzyby po deszczu kafejki z dostępem do wi-fi, a także liczne obiekty dla turystów – hotele i hostele, bary i restauracje na każdą kieszeń. Swe podwoje otworzyły sklepy ze sprzętem turystycznym i agencje organizujące wycieczki w góry i doliny oraz zapewniające obsługę wypraw wysokogórskich. W książce znalazło swe miejsce wczoraj i dziś Nepalu. Autorka pisze o codziennym nepalskim życiu poza turystycznymi szlakami. Sporo miejsca poświęcone jest zwyczajnym ludziom, kulturze i obyczajom, problemom i bolączkom tego narodu. Przez lekturę przewijają się dzielnice biedy i te, w których mieszkają nieliczni bogaci, klasztory pełne mnichów i lepianki. Słowa przybliżają sylwetki rdzennych mieszkańców i tych, którzy znaleźli tu ostoję po opuszczeniu Tybetu, a także tych, którzy z dalekiej Europy czy Ameryki znaleźli w Nepalu swoje miejsce na ziemi. Oczywiście migają też sylwetki polskich himalaistów.

Nie ma możliwości, by po przeczytaniu tego niegrubego tytułu nie zakochać się w Nepalu i nie chcieć go odwiedzić. Nepal przypomina witraż o mozaice złożonej z bogatej gamy barw. Nepal jest niczym Sezam pełen wielu skarbów i tajemnic. Nepal wreszcie jest wielką miłością Nataszy Goerke, która pisze o nim niczym o ukochanej osobie, a z jej słów przebija sentyment, czułość i troska jaką matka darzy dziecko.

„Tam” to doskonały reportaż, który przemawia do duszy Czytelnika. Drogi Czytelniku do Ciebie należy wybór czy przeczytasz tę książkę czy nie. Moim zdaniem nie powinieneś sobie odmawiać tak wspaniałej lektury i sięgnąć po nią. Pobyć w Nepalu i odkryć jego sekrety.


czwartek, 20 lipca 2017

Magdalena Majcher "Matka mojej córki"






Wydawnictwo Pascal
data wydania 2017
stron 384
ISBN 978-83-8103-037-3

Los pisząc scenariusze życia nie bierze pod uwagę naszego zdania

Magdalena Majcher, jak mało która autorka potrafi przenieść na karty swoich powieści w całej okazałości realne życie z wszystkimi jego blaskami i cieniami. To sprawia, że jej książki są wyjątkowo przyjemne do czytania i mają w sobie magnes, który przyciąga rzesze czytelniczek. Ja także uległam ich magii i przeżyłam niesamowite emocje podczas lektury „Stanu nie-błogosławionego”, a ostatnio powieści „Matka mojej córki”.

Dojrzałość to coś, co nie zawsze przychodzi z wiekiem. Także odpowiedzialność nie staje się atrybutem człowieka, gdy przekracza pewną rocznicę urodzin. Pewnych rzeczy uczy nas najbardziej wymagający nauczyciel jakim jest samo życie. Są jednak jednostki, które swoje życiowe role odgrywają w sposób toksyczny i niewłaściwy, które pod osłoną dobrego czynią coś, co jest mocno negatywne. Toksyczna miłość, także ta rodzicielska może wyrządzić więcej szkody niż otoczenie i cały świat wokół. Książka „Matka mojej córki” opowiada właśnie o takiej rodzinie, którą toczy rak toksyczności, w której kobieta – matka i żona zapatrzona zbyt egoistycznie w swoje potrzeby czyni krzywdę najbliższym. A co najsmutniejsze nie ma o tym pojęcia i nie przyjmuje tego do wiadomości.
Nina jest jedynaczką i ma 16 lat. Przeżywa swoją pierwszą wielką miłość, gdy jej matka marzy o drugim dziecku i robi wszystko, by zajść w ciążę. Natura okazuje się niezbyt łaskawa i zmusza Małgorzatę do kontaktu z nowoczesną medycyną. Dojrzała kobieta odwiedza kolejnych specjalistów, przechodzi badania i leczy się. W amoku hormonów i własnych marzeń zapomina o posiadanej córce i zapada się w świecie swoich problemów. Tymczasem w ciążę zachodzi nie ona sama, ale jej nieletnia córka. Po latach Nina wraca z Wrocławia do Czeladzi sprowadzona tam tragicznymi wiadomościami. Okazuje się, że powalająca z nóg zła nowina jest tylko początkiem trudnych chwil w życiu i otwiera puszkę Pandory. Ninie przychodzi zmierzyć się z przeszłością i podjętymi kiedyś decyzjami, które rzutują na jej całe życie. Los wymaga od niej wiele, naprawdę bardzo wiele... Czy uda się naszej bohaterce wyprostować życie swoje i innych? Naprawić błędy z dawnych lat nie jest tak łatwo, ale nie jest to też niemożliwe. Zapraszam do przeczytania lektury, która rozgrzeje Was do czerwoności i obleje morzem mocnych wrażeń. Emocjom nie będzie końca do ostatniej strony.

Magdalena Majcher po raz kolejny w fabułę swojej powieści wplotła temat macierzyństwa. Ukazała dwie spokrewnione kobiety, które znajdują się w dość trudnej sytuacji. Mama i córka mają inne marzenia. Ta pierwsza marzy o kolejnym dziecku i byłoby ono ósmym cudem świata. Dla tej drugiej ciąża jest niechcianą niespodzianką komplikującą życie i plany na przyszłość. Los nie pyta ich o zdanie tylko serwuje im coś przeciwnego niż to czego pragną. Obie panie muszą zmierzyć się z trudnymi wyzwaniami i obie popełniają błędy. Ich stosunki są w owym czasie trudne i napięte. Rodzą się niepohamowane emocje, które chwilami biorą górę nad ich życiem. Moim zdaniem córka mimo nastoletniego wieku okazuje się tą lepszą i dojrzalszą wbrew regule czasu. Choć nie ma tak wiele doświadczenia a jej bagaż życiowy jest lżejszy lepiej radzi sobie z sytuacją. Niestety matka wpędza ją w ślepą uliczkę i mocno rani. Okalecza ją i tym samym staje się książkowym czarnym charakterem.

Powieść napisana prostym i lekkim językiem czyta się przyjemnie, a rumieńce nie schodzą z twarzy. Nie brakuje w lekturze mocnych momentów, zawirowań a czytelnik bywa zaskoczony rozwojem sytuacji. To dobra i mocna książka, która wbija w fotel, której fabuła nie omija trudnych tematów. Ten tytuł uświadamia, że życie to wiele wyborów, a raz podjęte decyzje sterują naszym życiem na dłużej niż się spodziewamy. Przeszłość lubi wracać i czasem trudno się z nią uporać, a los nie zawsze daje drugą szansę. Pokochałam Ninę, która stała mi się bliska jak siostra, znienawidziłam Małgorzatę choć ta chyba wreszcie zrozumiała choć część swoich błędów. Jeśli chcesz je poznać sięgnij po tę lekturę, poczuj jak czasem słodko i gorzko jednocześnie smakuje życie i jak mocno potrafi dać w kość. Gotowi na spore emocje? Zatem nalejcie do szklanki ulubionego soku, przygotujcie odrobinę kostek lodu, usiądźcie w cieniu i zajrzycie do pewnego domu w Czeladzi.

środa, 19 lipca 2017

Piotr Tymiński "Wołyń. Bez litości"


Wydawnictwo Novae Res 
data wydania 2017
stron 488
ISBN 978-83-8083-480-4

Wołyń - tam lała się obficie polska krew

Gdy chodziłam do szkoły - zarówno podstawowej jak i średniej - na lekcjach historii nie mówiło się o Wołyniu. Nauczyciele nie nauczali o eksterminacji Polaków, nie mówili młodym ludziom jak wiele ich rodaków zginęło tylko dlatego, że byli takiej a nie innej narodowości. W moim domu o Wołyniu się mówiło dużo i często. Mówiło się z racji tego, że moja rodzina pochodzi z Kresów - z okolic Lwowa. Moi przodkowie musieli zostawić swój dom i uciekać by ocalić życie. Niektórych wywieziono na Syberię, inni tułali się by przeżyć. Jako dziecko słuchałam relacji bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń. Gdy prawda o Wołyniu i Kresach ujrzała światło dzienne odetchnęłam z ulgą. Nareszcie nastały czasy w których czci się pamięć pomordowanych, zranionych i wygnanych. Ludzi takich jak bohaterowie powieści Piotra Tymińskiego "Wołyń. Bez litości". Dzięki uprzejmości jej Autora mogłam ją przeczytać i dziś chcę Wam ją zaprezentować i polecić do przeczytania. 

Od razu dodam, że do jej treści podeszłam bardzo emocjonalnie. Spowodowane jest to faktem, że moja rodzina ma kresowe korzenie. Nie drzemie we mnie ślepa nienawiść, bo nie wszyscy Ukraińcy byli źli.

Jest rok 1943. Wiosną budzi się do życia przyroda. I także nienawiść. Nienawiść rośnie w sercach ludzi, którzy przez lata żyli zgodnie obok siebie jak sąsiedzi, razem prowadzili interesy, zawierali mieszane małżeństwa. Nadszedł jednak czas, gdy zło doprowadziło do piekła na ziemi.
Wielki Czwartek to czas przygotowań do świąt Wielkiej Nocy. W domu Morawskich zamieszkałych we wsi Osty jak i w innych gospodarstwach rodzina szykuje się do najważniejszej Niedzieli w roku. I nagle spokój wieczoru zostaje zakłócony wtargnięciem do domu ukraińskiej bandy. Leje się krew, a z pogromu udaje się ocaleć Stanisławowi. Inni giną bestialsko zamordowani podobnie jak ich sąsiedzi. Domy pochłania pożoga, nastaje czas cierpienia. Stanisław ucieka ze swej wioski i udaje się do sąsiedniej miejscowości. Tam formują się oddziały samoobrony przeciwko bandom, które mężczyzna zasila. Kolejny krok Stanisława do walka w partyzantce z wrogiem. Tułaczka po lasach, narażanie życia i niepewność kto przyjaciel, a kto wróg. To lawirowanie między życiem a śmiercią, to żegnanie zabitych towarzyszy, to życie kiedy nie można być pewnym czy dożyje się jutra, wieczoru czy rana. 
Jeśli chcecie poznać losy Stanisława, a tym samym i ludności zamieszkującej Wołyń polecam lekturę powieści historycznej Pana Tymińskiego, która oparta jest na autentycznych wydarzeniach. 

Fabuła tego tytułu opiera się o wydarzenia historyczne o których długo milczano. Przez lata "zapomniano" o bezwzględności nacjonalistów, którzy z wybitnym okrucieństwem gwałcili, mordowali, grabili i palili. A korytami rzek i potoków płynęła polska krew, a dymy niosły swąd spalonych ciał. Dla osób które niewiele wiedzą o tych czasach przeczytanie tej książki może być szokiem. Szokiem a zarazem wielką lekcją historii, która wprawia w zadumę. Autorowi udało się świetnie połączyć ludzkie losy i historyczną prawdę w książkę, która jest pełna emocji i którą z emocjami napisano. I słusznie, bo nie można przejść obojętnie nad tamtymi wydarzeniami i nad tym, że do dziś gloryfikuje się bandy i ich przywódcę.

Książka jest opowieścią niezwykle plastyczną, pełną szczegółów, które przypominają klimat tamtych dni. Brutalności przeciwstawia się piękno przyrody, którą widać w tle. Ta powieść powinna trafić do rąk młodych czytelników by uświadomić cierpienie polskiego narodu w latach II wojny światowej, by pokazać jak nękano Polaków z wielu stron, jak trudno było tym, którzy swoje korzenie mieli na Kresach. 

Tę powieść przeczytałam także moja mama. Na nas obu zrobiła olbrzymie i pozytywne wrażenie. Po jej przeczytaniu objęła nas cisza. W niej przeżywałyśmy treść książki. Była ona jakby naturalna. Milczenie było hołdem dla tych, którzy zginęli, których zamordowano, spalono, zgwałcono...
Niech spoczywają w pokoju.

wtorek, 18 lipca 2017

Natalia Kołaczek "I cóż, że o Szwecji"





Wydawnictwo Poznańskie
data wydania 2017
stron 248
ISBN 978-83-7976-620-8

Szwecja niejedno ma imię


O Szwecji podobnie jak o każdym kraju na świecie krąży w powszechnej opinii wiele informacji i mitów. W jednych z nich drzemie sporo prawdy, inne są całkowitą fikcją. Jeśli ktoś chce poznać prawdziwe oblicze Szwecji, to polecam lekturę książki Natalii Kołaczek, która ukończyła filologię skandynawską, świetnie zna język szwedzki i odwiedziła Szwecję nie jeden raz. Autorka pokazuje ten kraj dokładnie takim jakim on jest. Jako przewodniczka sprawdza się wybornie i pozwala poznać ten wycinek Skandynawii z jego wieloma walorami. Przedstawiony przez nią portret ukazuje także obraz w krzywym zwierciadle czyli pełen rys i wad. Dzięki temu mamy prawdziwe oblicze, a właściwie wiele obrazów, które się na nie nakładają.

Szwecja, z którą graniczymy przez Bałtyk, jest nieco inna niż nasza ojczyzna. Szwedzi słyną z małomówności, nie są tak wylewni jak Polacy. W ich kraju panuje zimniejszy klimat i lato trwa krócej. Stopa życiowa jest wyższa niż w wielu krajach Europy. Dzieci znają Szwecję z lektury o sympatycznych rówieśnikach z Bullerbyn. Te i jeszcze wiele tematów autorka dogłębnie rozwija w swojej książce. Pisze ciekawie, a w tekst wplata wiele atrakcyjnych szczegółów i anegdot. I to sprawia, że książka czyta się sama. Kołaczek pokazuje Szwecję współczesną, ale i wielokrotnie sięga do historii tego kraju. Opisuje wybrane zdarzenia z przeszłości i wskazuje jaki mają one wpływ na dzisiejszy obraz nadbałtyckiego kraju.
W publikacji nie brakuje informacji praktycznych i tych, które wywołają na twarzach czytelników zdziwienie. Ci, którzy sięgną po tę książkę szybciej odnajdą się w szwedzkiej rzeczywistości i będą mniej zaskoczeni specyfiką kraju, w którym mieszkają odmienni od nas kulturowo ludzie, którzy mają nieco inną od naszej mentalność i zapatrywanie na świat. Szwedzi mają swoje wady i zalety, mają swoje odmienności. Warto je poznać i przyjąć to, co jest godne uwagi. Ta lektura opisuje wnikliwie różne aspekty życia – od kultury po kulinaria, od faktów opisanych w kronikach historycznych po zwyczaje ludowe. Nie brak słów na temat systemu edukacji, podatków, sposobów obchodzenia przeróżnych świąt, ale także i osobliwości związanych z wychowaniem dzieci czy typowo szwedzkich smakołyków. Z tytułu wyłania się niezwykle barwny obraz kraju, który tylko na pozór wydaje się surowy i zimny.

Książka nie jest zbyt gruba, ale kryje w sobie wiele ciekawej treści, przez co daje się pochłonąć w jeden wieczór. Po jej lekturze wzmogło się moje zainteresowanie krajem, którym kiedyś władali królowie z dynastii Wazów. Tekst uzupełniają dość oryginalne fotografie, które świetnie dopełniają klimat lektury i rozkręcają naszą ciekawość. Po przeczytaniu tej książki rozszerzyłam poznaną tematykę w internecie i zakochałam się w Szwecji po same uszy. Jeśli chcecie bardziej poznać współczesną Europę, jeśli jesteście ciekawi jak żyją nasi sąsiedzi, jeśli lubicie ciekawe relacje z podróży do innych krajów to idealna lektura dla Was. Polecam przeczytanie jej każdemu bez względu na płeć i wiek. Biję brawo autorce za świetne wyczerpanie podjętych kwestii, za wybór zawartych informacji, za pokazanie kawałka Skandynawii z każdej strony. Z napisanych słów widać zachwyt Szwecją, czuć pasję i zainteresowanie oraz doskonale wykonaną pracę literacką. Wypada także pochwalić za przepiękną okładkę i staranne wydane. To jak, poznajecie Szwecję z Natalią Kołaczek?

poniedziałek, 17 lipca 2017

Shauna Niequist "Piękne życie"





Wydawnictwo Znak
data wydania 2017
stron 240
ISBN 978-83-240-4557-0

Zatrzymaj się i zmień swoje życie na lepsze

Czas akcji:  XXI wiek
Bohaterka:  kobieta dorosła - matka, żona, partnerka, osoba pracująca zawodowo i prowadząca dom
Stan duszy: przemęczona, niewyspana, zestresowana, niemająca czasu dla siebie
Wiecznie: w biegu, galopie, w pośpiechu
Efekt: niezadowolenie, nerwowość, brak radości z życia

Recepta na powyższe dolegliwości : zatrzymać się i zmienić swoje życie. 
Przejść metamorfozę i stać się NIEIDEALNA.
Wykonalne? OCZYWIŚCIE!!!

Dowodzi tego w swojej książce Shauna Niequist i opowiada o przemianie, którą przeszła. Treść tej publikacji mocno do mnie przemówiła. Często bowiem miałam wrażenie, że czytam o sobie samej. Owszem nasze życiowe drogi w pewnym sensie się różnią, ale ja też postanowiłam być modelem super żony, kochanki, psiej mamy, pani domu .... i tu by można wymienić jeszcze kilka ról. Wzięłam się ambitnie z życiem za bary dokładnie tak jak Autorka. Zaczęłyśmy więc pędzić do przodu w tempie pendolino, wsiadłyśmy na karuzelę, która nie staje tylko ciągle przyśpiesza. Okazało się jednak, że droga do perfekcyjności to pęd donikąd. Ślepa uliczka i świetna metoda do robienia krzywdy sobie i innym. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że muszę coś zmienić i właśnie wtedy dostałam propozycję recenzji tejże książki o której napiszę słów kilka. 
Nie będę jednak bezkrytycznie chwalić tego tytułu, bo jak to zawsze u mnie bywa w każdym poradniku znajdę coś, co mnie drażni. W tej książce była to religia. Bo temat książki jest doskonały, ale czy z niej skorzysta np. agnostyk czy ateista? No raczej zachowa ostrożność. 
Sama uważam, że religia to jak seks rzecz mega osobista i nie należy nią szafować, afiszować się itd. 

Sam pomysł na pokazanie metamorfozy jest perfekcyjny. Bo wiele kobiet nie wierzy, że jednak można. Można, jak najbardziej tylko trzeba być do tego przekonanym, przygotowanym i gotowym. 
Idealizm szkodzi. Autorka dokładnie opisuje ten stan i dążenie do perfekcji. Wpadamy w błędne koło. Koło, które mocno trzyma. I doprowadza nas do szału, do dręczenia siebie coraz nowymi normami i planami, pisaniem tego, co mamy zrobić. A czasem przecież warto tylko pożyć, pooddychać pełną piersią, przytulić się do kogoś bliskiego, zapatrzyć w chmury. Tylko tyle, choć dla niektórych aż tyle. 
Książka jest nieco idylliczna i przesłodzona, wysuwa się z niej wniosek, że cały proces zmian przychodzi lekko i softowo. Nie wierzę, że jest aż tak dobrze. Poza tym nie bardzo jestem skłonna zrozumieć, że każdy ma możliwość zrezygnować z pracy. To czasem konieczność by mieć na chleb - dla mnie praca i kariera to odmiany zapewnienia bytu materialnego. Wiara, że Bóg chroni jest tylko dla mocno i ślepo wierzących, osobiście nie potrafię sama iść tym torem dziecięcego zawierzenia. 
Owszem zgodzę się z tezą, że warto żyć po swojemu, że nie trzeba wkładać maski i robić to, co inni, co modne. 
Reasumując. Książka ma plusy i minusy. To już chyba się nie zmieni w mojej ocenie poradników. Zmienić się można i czasem trzeba, ale trudno wyrwać całą siebie od razu i zrobić to w stu procentach. Książka opisuje jednak niepolskie realia. W naszym kraju, gdzie absurd goni absurd pewne rzeczy są specyficzne i utrudniają normalne życie. Tym samym żyć zdrowo psychicznie jest trudniej. Książka pokazuje lepszy świat, więc u nas efekt może przyjść mniejszy bądź późniejszy. 
Z lektury wyciągnęłam cenny morał. Umiar, umiar i jeszcze raz umiar. Zero skrajności, bo te gubią. 

sobota, 8 lipca 2017

Dorota Schrammek "W słońcu i we mgle"





Wydawnictwo Szara Godzina
data wydania 2017
stron 288
ISBN 978-83-6568-421-9

Na życiowym niebie bywają i słońce, i chmury


O kwietniu mówią, że przeplata: daje i zimę i trochę lata. Tak samo jest z życiowym niebem. Czasem świeci na nim słońce, a czasem królują gęste chmury, grzmi i pada mocny deszcz. Takie właśnie jest prawdziwe życie. Pewne jest to, że nasza życiowa pogoda będzie się zmieniać i z tym każdy z nas musi, czy chce czy nie chce, się pogodzić.

Przekonują się o tym cztery główne bohaterki najnowszej powieści Doroty Schrammek, które spotykają się w małym hotelu położonym w niewielkim miasteczku. Niepozorny hotelik położony w centrum Wałcza staje się na chwilę ich domem, ich życiowe ścieżki los krzyżuje, a odpowiedź na pytanie „co z tego wyniknie” tkwi w fabule książki, która szybko podbiła moje czytelnicze serce.
Majka po nagłej śmierci męża musi sama prowadzić hotel. Szybko dowiaduje się, że małżonek pozostawił po sobie spore długi, których odsetki rosną w ekspresowym tempie. Parabanki są bezlitosne i ślą monity, ponaglenia oraz windykacyjne pogróżki. Wymarzony rejs, który był ostatnim urlopem u boku męża okazał się być finansowany cudzymi pieniędzmi. Niestety długi trzeba spłacić, ale brakuje na to środków.
Alicja jest fotografem i otrzymuje zlecenie zrobienia zdjęć Wałcza oraz jego okolicy. Fotki wychodzą piękne i oryginalne, ale pojawia się na nich osoba nie z tego świata.
Natalia i Bożena mają kłopoty małżeńskie, ich związki przeżywają kryzys i niewiele brakuje, by się zakończyły. Cztery kobiety, cztery światy i kilka wspólnych dni zmieniają ich przyszłość, bo przeszłości zmienić już nie mogą. Czy przypadkowe spotkanie w hotelowych murach sprawi, że ich życie stanie się lepsze, prostsze i bardziej kolorowe? Czy kłopoty znikną a na twarze powróci uśmiech?

„W słońcu i we mgle” to godna polecenia powieść obyczajowa, którą pisze samo życie. Nie ma w niej oderwanej od rzeczywistości fabuły. Przez jej karty przewijają się wyraziste i realne postacie, które mają wady i zalety, a które nie są słodkie i plastikowe. Ukazana codzienność jest pełna niespodzianek. Składają się na nią chwile lepsze i gorsze, ale nie można stwierdzić, że w życiu bohaterek wieje nudą. Opisane kobiety są tylko pozornie szare i zwyczajne. Każda z nich dźwiga ciężki życiowy bagaż. I tak jak to w życiu bywa, przeszłość nie da się odciąć od tego, co jest dziś i co będzie jutro. Bo dopóki nie uporządkuje się zaległych spraw, nie ma co marzyć o spokoju i stabilizacji. Dorocie Schrammek świetnie udało się uchwycić pewne życiowe prawidło – w obcych miejscach, tam, gdzie jesteśmy tylko na chwilę chętnie otwieramy się przed nieznajomymi i błyskawicznie nawiązujemy z nimi nić porozumienia. Zwierzamy się z najbardziej głębokich sekretów i tajemnic. Tak czynią właśnie bohaterki powieści i tym samym bardzo ułatwiają sobie życie. Bo często na górę problemów i tony kłopotów trzeba spojrzeć z dystansu, by uchwycić najkorzystniejsze rozwiązania.

Powieść autorki „Horyzontów uczuć” jest ciepła, wzruszająca i porusza tematy takie jak miłość, zazdrość, strata, żałoba. Książka łączy w sobie elementy powieści obyczajowej i psychologicznej, a w tle przeplatają się ciekawe informacje o miejscu, w którym rozgrywa się akcja lektury. Trudno się od tego tytułu oderwać, a książka z każdą przeczytaną stroną podoba się bardziej i bardziej. W powieści panuje prowincjonalny klimat, który wcale nie jest nudny czy przewidywalny. Dzieje się wprost przeciwnie. Czytelnicza ciekawość jest mocno połechtana a dreszczyk emocji jest jak najbardziej obecny. To najlepsza moim zdaniem powieść Doroty Schrammek, którą autorka udowadnia, że rozwija się warsztatowo i ma talent do tworzenia ciekawych, nietuzinkowych historii. Polecam tym, którzy szukają lektury i lekkiej i ciekawej, takiej która zrelaksuje i takiej, która ma w sobie wiele życiowej mądrości.

piątek, 7 lipca 2017

Sandra Nowaczyk "Friendzone"






Wydawnictwo Feeria young
data wydania lipiec 2017
stron 408
ISBN 978-83-7229-664-1

Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Autorką powieści o nastolatkach, dla nastolatek i nie tylko, jest nastolatka - Sandra Nowaczyk urodzona w 2000 roku. Młoda pisarka swoim debiutem udowadnia, że ma talent. Jej książka to powieść w której fabułę podjęty jest temat miłości i przyjaźni męsko-damskiej. Połowa ludzkości uważa, że czysto przyjacielska relacja między kobietą i mężczyzną jest niemożliwa i kończy się romansem bądź ślubem. Są też tacy, którzy twierdzą, że płcie przeciwne mogą się z sobą przyjaźnić i tylko przyjaźnić a takie niezmienne relacje mogą trwać latami. Jak jest naprawdę, albo co statystycznie przeważa? To świetny temat na pracę co najmniej doktorską, ale to także dobra kwestia, którą można wpleść w książkową fabułę. 

Tatum i Griffin przyjaźnią się od dziecka. Są ze sobą bardzo zżyci i spoufaleni. Wiedzą o sobie wszystko, a ich relacja przypomina najbardziej idealne rodzeństwo. Mają naście lat i każde z nich jest w związku uczuciowym. Ona ma chłopaka, który nie jest ideałem i czasem zawodzi, on ma dziewczynę, którą kocha. I tak ma pozostać. Jak się okazuje jest to założenie czysto teoretyczne. Wszystko zmienia jeden wieczór, jeden bal maskowy na który Tatum w ostatniej chwili odwołuje przyjście, bo jej chłopak zawiódł i się upił. A jednak przychodzi i przeżywa olśnienie. Bo nagle serca Tate i Griffina zaczynają bić wspólnym rytmem. Opadają maski a wraz z nimi i szczęki młodej dziewczyny i chłopaka. Nastaje chwila, której miało przecież nigdy nie być. Jeden taniec i świat zmienia barwy, wali się w gruzy. Od tego tańca zaczyna się gra pozorów, a nasi bohaterowie wkładają na twarze totalnie niedopasowane maski. Do głosu dochodzą uczucia i wszystko staje na głowie? Jak potoczą się dalsze losy Tatum i jej przyjaciela?

"Friendzone" to książka, która idealnie nadaje się na kilka letnich godzin. Czyta się ją niezwykle lekko, ale uwaga - w tej powieści drzemie "magnez", który do niej mocno i zdecydowanie przyciąga. Opisana historia spotkała pewnie tysiące przyjaciół na całym świecie - nagle w przyjaźń wkradło się pożądanie, uczucie, które przychodzi nagle i dotyka z zaskoczenia. Każdy duet radzi pewnie sobie z nim w różny sposób. Może okazać się, że to tylko zauroczenie, które szybko minie. Może to być prawdziwa miłość, która zaprowadzi do ołtarza. Można też zaprzeczyć rytmowi serca i być głuchym na jego wołanie. Jak będzie w książce oczywiście nie zdradzę, bo uważam, że to godna polecenia opowieść, której warto poświęcić kilka godzin. Autorką jest nastolatka, która zaprasza do świata jej rówieśników. Łatwo jest Jej go opisać i dlatego też ta historia jest bardzo autentyczna i naturalna. 
Książka jest naładowana emocjami. Do narracyjnego głosu dopuszczona jest więcej niż jedna postać. Dzięki temu treść którą poznajemy jest jeszcze bardziej wiarygodna oraz prawdziwa. 
Fabuła szybko mnie ujęła, chwyciła za serce. Polubiłam bohaterów, którzy są tacy zagubieni, niepewni swoich decyzji i ze względu na zaistniałą sytuację i ze względu na trudny wiek w którym buzują hormony i pojawiają się chwile buntu. Lektura tej powieści doskonale uświadamia jak pełny pułapek i zawiłości jest czas dorastania, jak trudno jest opanować burze uczuć, które w wieku lat nastu nami targają. 
Tę książkę polecam nie tylko nastoletnim dziewczynom, ale także pokoleniu ich mam. Dla starszych czytelników to przyjemny i nieco sentymentalny powrót do przeszłości. Polecam gratulując Autorce mocnego debiutu.

czwartek, 6 lipca 2017

Olga Puncewicz "Góry na opak 2, czyli rozmowy z tymi, co zostają"





Wydawnictwo Burda National Geographic
data wydania 2017
stron 254
ISBN 978-83-7596-720-3

Żałoba i co dalej?


Kolejna książka żony nieżyjącego himalaisty Piotra Morawskiego jest niezwykła i jedyna w swoim rodzaju. Łączy trzy tematy: góry, śmierć i żałobę, czyli: te, które są i działają jak narkotyk; koniec, który nadchodzi nagle, nieplanowany, aczkolwiek ostateczny, i stan po stracie, który dotyka tych, którzy zostali. Autorka sama doświadczyła tego, o czym napisała i świetnie ujęła temat bolesny, trudny, ale i taki, o którym wielu woli pomilczeć niż pomówić.

Lektura to rozmowy z tymi, którzy straty doświadczyli i zostali osamotnieni, ale także nie brakuje opowieści matki sławnej podróżniczki, która otarła się o śmierć i pozostała wśród żywych. By krótko ocenić tę książkę wystarczy powiedzieć, że jest ogromnie osobista i że wkracza w sferę najbardziej intymną. Nie każdy dziennikarz, nie każdy publicysta, nie każdy człowiek byłby w stanie tak delikatnie, tak prosto a zarazem tak kulturalnie podjąć się rozmowy o sprawach ostatecznych.

Ośmiu rozmówców przeżyło trudne chwile. Wysokie szczyty i zły los zabrały im spokój i bliskie osoby: kolegów, znajomych, ojca, matkę, męża czy brata. Góry najpierw kusiły swoją urodą, pociągały ku sobie, a potem odbierały kogoś na zawsze. Zabierały również możliwość pożegnania, odprawienia tradycyjnego pogrzebu, bo chłonęły nie tylko dusze, ale i ciała ofiar. W zamian dawały ból, żałobę, depresję, rozpacz. Wciąż patrzyły dumne i majestatyczne na tych, którzy chcieli upamiętnić kogoś pamiątkową tablicą wbitą w skałę blisko miejsca tragedii.

Rozmawiając Olga Puncewicz pyta otwarcie o niezwykle osobiste przeżycia i stawia wyjątkowo trudne pytania. Dzięki swoim doświadczeniom wie jak nikt inny ile można posunąć się w słowach i rozumie odpowiedzi oraz reakcje jakie towarzyszą przeżyciom bo sama była na miejscu rozmówców. Choć to książka opowiadająca o ludziach gór, którzy odeszli to można ją odnieść do każdego kto zmarł, po kim została pustka i wolne miejsce przy stole. Czytając tę publikację czuje się olbrzymie wzruszenie. Osoby bardziej wrażliwe jej lektura poruszy do żywego. Wywoła łzy i smutek, tym zaś którzy zmagają się z żałobą da nadzieję, że życie nie kończy się na pogrzebie osoby bliskiej, że płynie dalej. Płynie i daje kolejne szanse, nadzieje, łzy i radości. Rozmówcy Autorki opowiadają swoje przeżycia z czasów przed i po śmierci bliskich, wspominają chwile tuż po tym jak dowiedzieli się o wypadkach w górach oraz dzielą się tym, co bardzo zabolało. Opowiadają o chwilach gdy spełnił się czarny scenariusz, dzielą się lękami i obawami, problemami, które spadły niczym ogromna lawina. Każdy z nich radził sobie z trudami życia inaczej i na swój sposób wychodził na prostą. Wydrukowane na stronach tego tytułu słowa czyta się z zapartym tchem i refleksją. Dzięki lekturze można spojrzeć na góry i życie inaczej – rozsądniej i mniej brawurowo. W głowie rodzi się pytanie czy warto iść do strefy śmierci, czy egoizmem jest narażanie swojego życia i spokoju najbliższych. Wielu z tych co kochają góry odpowie, że wypadki zdarzają się wszędzie a ludzie nie są wieczni...

Polecam lekturę tej książki zwłaszcza tym, którzy lubią czytać o himalajskich wyprawach oraz tym, którzy zawzięcie krytykują alpinistów i tych, którzy zdobyli himalajskie kolosy. Poznanie tego tytułu pozwoli zrozumieć czym jest pasja która gra ze swoimi fanami w rosyjską ruletkę. Ta książka daje nadzieję i siłę, krzepi i uczy że wielką życiową mądrością jest godzenie się z losem, który nie zawsze jest łaskawy. Bo śmierć i życie idą zawsze razem w parze i pewnego dnia dla każdego z nas się splotą. Trzeba więc cieszyć się tym, co daje los, bo nic dwa razy się nie zdarza i nie warto umierać za życia.

środa, 5 lipca 2017

Anna Kamińska "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci"






Wydawnictwo Literackie 
data wydania 2017
stron 480
ISBN 978-83-08-06357-6

O Wandzie, co góry nade wszystko kochała

Postać Wandy Rutkiewicz przed lekturą książki Anny Kamińskiej była mi dość dobrze znana. Nie mogłam jednak odmówić sobie przeczytania kolejnego tytułu, która opowiada o Legendzie nie tylko polskiego, ale światowego himalaizmu. Sięgnęłam po tę biografię i od samego początku z przyjemnością zatopiłam się w treści, która pochłonęła mnie bez reszty. 
Autorka wspaniale ukazała sylwetkę kobiety, która była niezwykłą osobowością. Damą z pazurem i nietuzinkowym charakterem, a przy tym piękną kobietą obdarzoną urodą, ciepłym głosem, w sercu której królowały góry. Góry, który jak się okazuje zdominowały Jej życie i były największą miłością, największym kochaniem.
Jej dzieciństwo i młodość nie były pasmem szczęśliwych i beztroskich dni za sprawą rodziców. Wanda szybko stała się samodzielna i bardziej zaradna niż jej rówieśniczki. Sytuacja rodzinna sprawiła, że nabrała dystansu do świata i ludzi, stała się nieufna i ta cecha pozostała jej do końca życia. Wanda Rutkiewicz była też perfekcjonistką, chciała wszystko robić najlepiej jak tylko można i dlatego też nie była w życiu szczęśliwa. Bo wymagała wiele od siebie, ale i od innych, a to nie przysparzało jej przyjaciół.
Właśnie w nieperfekcyjnym świecie, bez pomnikowej wyższości, a w zwyczajnym świetle Jej sylwetkę przestawia Anna Kamińska. Tym zabiegiem pokazuje prawdziwe "ja" zdobywczyni Everestu. A ten zabieg wcale nie był prosty, bo Wanda miała naprawdę mocno skomplikowaną osobowość. Miewała humory typowe dla płci słabej, ale tą nigdy nie była. Bywała apodyktyczna i "głucha" na zdanie innych. Potrafiła gonić cel za wszelką cenę, brakowało jej miłości i ciepła ze strony ludzi, a ona sama zahartowana i poturbowana przez życie nie potrafiła ich dać innym.
Tytuł pokazuje kobietę wyjątkową od jej urodzenia po ... kres, bo dokładnej chwili śmierci nie ustalono. Wanda z domu Błaszkiewicz zaginęła na zboczu trzeciego pod względem wysokości szczytu na Ziemi i jej trop się tam urwał. Nie znaleziono ciała do dziś. Zatem nasza bohaterka tak tajemniczo jak żyła, tak i odeszła.
Sylwetka czołowej polskiej himalaistki ukazana jest dogłębnie i z różnych perspektyw - rodzinnych, zawodowych i tych górskich. Z nich płynie wyraziście jedna myśl, że Wanda oblicz miała wiele i były one różnorakie. Była twarda i wrażliwa, uparta i zdeterminowana w osiąganiu celów. Szczęśliwa była chyba tylko w górach. To nim właśnie podporządkowała swoje życie, a one zabrały ją światu na zawsze. Biografia pióra Anny Kamińskiej pokazuje siłę pasji, prawdziwą twarz bohaterki - bardzo ludzką, bez idealizowania i patosu. Wanda Rutkiewicz była zatem zwyczajnie nadzwyczajna, ciepła i zimna zarazem, piękna i niedostępna jak szczyty które zdobywała. Nie potrafiła grać, nie była aktorką na planie życia.

Anna Kamińska perfekcyjnie odmalowała wyjątkową postać. Ta biografia zaciekawi każdego miłośnika tego gatunku. Wydawca także przepięknie wydał książkę i to sprawia, że lektura zasługuje na najwyższą z możliwych ocen. Książka przybliżyła mi opisywaną postać jeszcze bardziej niż ją znałam  bowiem tekst zawiera nieznane wcześniej zdjęcia, dokumenty i wypowiedzi osób z otoczenia himalaistki. Gorąco polecam lekturę tego tytułu osobom młodszym i tym, które kibicowały Wandzie Rutkiewicz w czasie jej wspaniałej kariery. Rekomenduję tytuł amatorom dobrej biografii, zachęcam do lektury tych, którzy lubią czytać o ludziach wyjątkowych i ponadprzeciętnych.


poniedziałek, 3 lipca 2017

Magdalena Kordel "Córka wiatrów"


Wydawnictwo Znak
data wydania 2017
stron 400
ISBN 978-83-240-4564-8

Dawno temu w Wilczym Dworze...

Dawno, dawno temu w Wilczym Dworze mieszkała pewna kobieta. Miała na imię Konstancja. Los wiele razy obszedł się z nią niedelikatnie. I sprawdziło się porzekadło, że co nie zabija to wzmacnia. Nasza bohaterka nie załamała się, a tylko zahartowała i uodporniła na życiowe kłopoty oraz troski. To była niezwykła dama, która miała w sobie wiele siły i życiowej mądrości. Jak na czasy w których przyszło jej żyć nie miała łatwo. Miała za to wspaniały charakter i światły umysł. Cechowała ją dyplomacja i życiowa mądrość, która nie jeden raz pomogła jej zażegnać spory, kłopoty i niepotrzebne kłótnie. Pod pozornie tylko kruchą powłoką kryła się osoba twarda, pewna siebie i zdecydowana. Była zarówno silną jak i słabą płcią. Chcecie ją poznać? W takim razie zapraszam do lektury najnowszej powieści Magdaleny Kordel, która rozpoczyna cykl Wilczy Dwór.

Lektura przenosi nas w czasie i przestrzeni do świata w którym Polski nie było na mapie świata. W zaborze rosyjskim po powstaniu styczniowym, po śmierci męża gospodarzyła samodzielnie kobieta. Majątek był spory i prosperował całkiem nieźle. Spokojna Konstancja wiodła samotne i ciche życie. Sama dawała sobie radę, ale jak się okazało jej życie nie było wolne od trosk. Do jej uszu doszły słuchy o niegodziwych zachowaniu rządcy, który dobrze wykonywał swoje obowiązki, ale był złym człowiekiem. Pomocy potrzebowała także jej śmiertelnie chora powinowata, a dawna miłość - Jan miał się pojedynkować z Sępińskim. Jak ułoży się przyszłość? Jak poradzi sobie z trudami życia dama o szlachetnym i dobrym sercu, która nie chce niczyjej krzywdy?

Zapraszam wraz z Magdaleną Kordel do innego od współczesnej rzeczywistości świata w którym technika oznaczała co innego niż cyfryzacja. Panie nosiły wtedy długie suknie, a honor był czymś co charakteryzowało każdego wartego szacunku mężczyznę. Opisany świat jest inny, a przez to egzotyczny, ciekawy i tajemniczy. Czytając urzekłam urokowi tej książki, jej klimatowi, który  kojarzył mi się z powieścią "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Magdalena Kordel napisała swoją powieść o wiele lżej, w łagodniejszym i mniej patetycznym stylu. Akcja tej lektury nie jest zbyt dynamiczna, nie biegnie szybko a raczej przypomina leniwe sunącą sporą rzekę płynącą przez równinę, która wydaje się być spokojna aczkolwiek ma swoje tajemnice. Ta książka będzie idealną lekturą dla romantycznych czytelniczek, które lubią niespieszne tempo, które zwracają uwagę na szczegóły i detale oraz drobnostki, które mogą wiele wnieść do tytułu. Lektura ta idealnie spełni nasze oczekiwania jeśli zechcemy cofnąć się czasie, zanurzyć w innym świecie w którym panowały całkiem inne reguły, tradycje i obyczaje. Książka świetnie odrywa od codzienności XXI wieku, jest może nieco melancholijna, romantyczna, a przez to ulotna, zwiewna i eteryczna. 
 
To całkiem inny kolor literatury niż ta, która opowiada o współczesnych kobietach zatrudnionych w korporacji czy szukających swego miejsca na prowincji. Napisanie jej z pewnością wymagało wiele pracy i trudu, zagłębienia się w przeszłość i poszperania w źródłach. Moim zdaniem to dobry początek serii, która jeszcze bardziej się rozwinie, rozkręci i skomplikuje. Czekam na kolejny tom mocno zaciekawiona jak dalej potoczą się losy Konstancji i innych bohaterów. 

sobota, 1 lipca 2017

Lauren Fern Watt "Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem"





Wydawnictwo Harper Collins
data wydania 2017
stron 208
ISBN 978-83-276-2936-4

Pies rani człowieka tylko raz - gdy odchodzi



Książka napisana przez Lauren Watt opowiada prawdziwą historię, która wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych. Trwała ona sześć lat i przydarzyła się niespodzianie. Pies, a właściwie suczka rasy mastif angielski zjawiła się w życiu Autorki całkowicie niespodzianie. Rodzina Lauren miała już bowiem dwa psy, a trzeci został zakupiony pod wpływem impulsu, spontanicznie za namową matki pisarki, która miała spore problemy z alkoholem. Niejako w ramach przeprosin kobieta kupiła nastoletniej córce psa rasy należącej do ras olbrzymich. Sunia otrzymała imię Gizelle i momentalnie zaskarbiła sobie serce nowej pani. Lauren zakochała się w niej po uszy. Pomiędzy psem a człowiekiem zawiązała się niezwykła, wręcz wyjątkowa relacja. Co mam na myśli zrozumieją tylko Ci, którzy ze swoim czworonożnym przyjacielem przeżyli to samo. Ci, którzy nie wiedzą jakim cudem jest taka prawdziwa i mocna psio-ludzka przyjaźń niech przeczytają ten tytuł. Książka oddaje klimat tej relacji wyjątkowo perfekcyjnie.

Rodzina Lauren mieszkała w Tennessee. Spokój domowy zakłócały problemy z alkoholem matki autorki. Były one na tyle poważne, że doprowadziły do rozwodu i rozpadu rodziny. Podarowany szczeniak pomógł Lauren pogodzić się ze smutnymi faktami, a Gizelle i jej pani stały się nierozłączne. Przeżyły razem przeprowadzkę z małej miejscowości do Nowego Jorku, spędziły dni w akademiku i małym, zdecydowanie za małym dla takiego psa mieszkanku, ale najważniejszy okazał się nie metraż, ale uczucia jakie połączyły kobietę i jej psa. Gizelle stała się kimś najbliższym: terapeutką - mimo że miała swoje lęki, przyjaciółką – mimo że nie posługiwała się ludzką mową, powiernicą – mimo że nie znała zasad funkcjonowania ludzkiego świata, który sami ludzie kochają sobie komplikować. Dzięki psu życie jego opiekunki stało się inne. Lauren nauczyła się cierpliwości i odpowiedzialności. W zamian dostała morze miłości, dożywotnie oddanie i wierność po grób. Niestety po chwilach szczęścia i radości przyszedł cios od losu. Śmiertelna choroba, na którą weterynarze nie mieli antidotum. Zaczęła się walka o każdy krok, dzień, chwilę, o każdy oddech. Wtedy Lauren zabrała swoją ukochaną Gizelle w ostatnią podróż i spełniała kolejne marzenia tak swoje jak i psa.

Książka to bardzo osobista historia opowiedziana w sposób naturalny. Czyta się ją ze wzruszeniem i wielką przyjemnością. Od samego początku łatwo wyczuć, że to książka szczera, która została napisana ku pamięci wspaniałej czworonożnej przyjaciółki, która sprawiła, że świat na sześć lat stał się inny. Niestety piękną relację przerwała choroba, a los po raz kolejny uświadomił smutną prawdę, że nic nie jest nam dane na zawsze. Rozdziały opowiadające o chorobie i odchodzeniu są bardzo smutne, a lekturze towarzyszą łzy. Trudno je będzie czytać tym, którzy przeżyli stratę psiego kompana. Ta historia uświadamia, że czworonożny przyjaciel jest czymś wyjątkowym, co daje nam los, że relacje między ludźmi a zwierzętami mogą mocno zmienić naszą rzeczywistość na lepszą. Ten tytuł to idealna lektura dla tych, którzy kochają zwierzęta, którzy dzielą swoje domy z psami, którzy są zdania, że każde zwierzę, którym się opiekujemy ubogaca nas i jest nam bezgranicznie oddane. Ta książka to świetna lektura dla tych, którzy jeszcze nie doświadczyli posiadania zwierzęcego przyjaciela. Jej przeczytanie odkryje przed nimi sekrety relacji zwierzę- człowiek. Wspaniały tytuł, który polecam.



poniedziałek, 26 czerwca 2017

Jodi Picoult "Małe wielkie rzeczy"





Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania 2017
stron 608
ISBN 978-83-8097-112-7

Małe bywa wielkie 


Jodi Picoult to świetna pisarka powieści obyczajowych, w których zaczytują się miliony czytelników na całym świecie. Ostatnie trzy tytuły były jednak, w mojej opinii, nieco słabsze. Po nich ulubienica wielu czytających kobiet powróciła w wielkim stylu i obdarowała swoich fanów rewelacyjną, mocną książką, w której poruszony jest bardzo kontrowersyjny temat – rasizm.

Fabuła splata losy czterech osób – małżeństwa, któremu rodzi się dziecko; czarnoskórej położnej Ruth i pani adwokat, której z urzędu przypada obrona kobiety. W chwili narodzin dziecka nikt nie przypuszcza, że jego linia życia jest króciutka i za chwilę zdarzy się tragedia. Rodzice są zapatrzeni w synka i wydaje się, że wszystko ułoży się pomyślnie. Ojcu i matce dziecka, którzy są rasistami nie podoba się, że opiekę medyczną nad ich niemowlakiem przejmie Afroamerykanka. Odpowiedni wpis ręką przełożonej oddziału zostaje odnotowany w dokumentacji medycznej. Z racji jego złożenia następują tragiczne wydarzenia niczym z koszmarnego filmu, a mały chłopczyk umiera. Te chwile na zawsze zmieniają życie głównych bohaterów. Po zgonie niemowlaka nic już nie jest takie samo, a świat nabiera innych barw...

Po przeczytaniu książki z wypiekami na twarzy, wylaniu rzeki łez i wielu lawinach emocji orzekam, że to proza obyczajowa najwyższych lotów, że to prawdziwa czytelnicza perła i książka, która ma moc tajfunu, siłę arktycznego mrozu i afrykańskiego upału jednocześnie. Autorka odważnie brnie w tematykę, która budzi emocje od setek lat i bardzo wyraziście oraz plastycznie pokazuje świat ludzi o ciemnej skórze, który tylko pozornie wydaje się być równy rzeczywistości ludzi białych. Choć zniesiono niewolnictwo, choć prawo głosi równouprawnienie, choć na straży przepisów uchwalonych przez organy władzy stoją odpowiednie służby to ich przestrzeganie jest wielokrotnie fikcją. Czytelnicy przekonują się o tym wraz z Kennedy, która po raz pierwszy broni kobiety oskarżonej o morderstwo. Biała prawniczka odkrywa i doświadcza dzięki sytuacji swojej klientki co znaczy dyskryminacja, uprzedzenia, gorsze traktowanie wynikające tylko z koloru skóry. Akcja książki jest dynamiczna, pełna przejmujących scen, chwytających za serce zwierzeń i dialogów. Pokazany w niej świat jest okrutny i bezlitosny, często niesprawiedliwy i pełen pozorów, które ogromnie mylą. Namalowany obraz dwóch rzeczywistości – czarnej i białej jest bardzo konkretny. Pokazany w całej okazałości z wielu stron. I ten zabieg pozwala łatwo zrozumieć treść tytułu i powody, dla którego autorka odmalowała go słowami. Nienawiść rodzi jeszcze większą nienawiść, a dobro nie zawsze jest w stanie się obronić. Losy Ruth pokazują jak trudno jest być w mniejszości, jak łatwo uprzedzenia potrafią zrujnować życie i jak wielkiej odwagi trzeba by powiedzieć prawdę, która nie jest pożądana i lubiana.

Kolejna lektura z popularnej serii „Kobiety to czytają” to rewelacyjna książka, która poruszy wiele serc, która na długo zapadnie w pamięć i zmieni podejście do świata tych, którzy zdecydują się po nią sięgnąć. Powieść ma wiele atutów i trudno się z nią rozstać. Zakończenie ma śmiałą wymowę i pokazuje, że nie powinno zamiatać się trudnych spraw pod dywan, a otwarcie o nich mówić i tym samym zmieniać świat na lepsze. Jeśli zatem chcecie spędzić czas z powieścią wybitną to wybór najnowszego dzieła Jodi Picoult będzie niezwykle trafiony.

wtorek, 20 czerwca 2017

Moja nowa Wielka Miłość czyli ...

Witajcie w upalny dzionek. Dziś opowiem Wam o mojej nowej Wielkiej Miłości, która ma na imię
INSTAGRAM!!!

W zasadzie konto miałam założone jakiś czas temu, ale jakoś tak sobie odpuściłam wędrówki w krainę zdjęć i filmów. Ale pewnego dnia coś zaiskrzyło, coś błysnęło i rzuciłam się jak szalona dodawać zdjęcia. Wciągnęło mnie i to jak cholera. Więc jeśli chcecie to znajdziecie mnie pod moim blogowym nickiem malineczka74.

Czy to tylko typowy bookstagram? No nie do końca. Bo w sumie są tam trzy kategorie, które wiele w moim życiu znaczą. Rodzina i psy, natura i piękne widoki oraz oczywiście książki. Zapraszam jeśli ktoś ma ochotę zerknąć na mój profil